Lech Poznań sześć razy strzelał w meczu ligowym Jagiellonii Białystok pięć goli lub więcej. Przed kolejną konfrontacją tych zespołów przypomnimy ostatni taki przypadek, który miał miejsce całkiem niedawno, bo blisko dwa lata temu.
14 września 2024 na Enea Stadionie przy Bułgarskiej pojawiło się 32 365 kibiców. To była pierwsza konfrontacja trenera Nielsa Frederiksena z prowadzącym ekipę z Podlasia Adrianem Siemieńcem. Po siedmiu kolejkach Kolejorz był liderem z dorobkiem 16 punktów. Przeciwnicy byli Mistrzami Polski i walczyli latem najpierw w eliminacjach Ligi Mistrzów (odpadli z norweskim FK Bodø/Glimt), a następnie Ligi Europy (tu lepszy okazał się holenderski Ajax Amsterdam). Ostatecznie zatem szykowali się do gry w fazie ligowej Ligi Konferencji. Bezpośrednio przed przyjazdem do stolicy Wielkopolski przerwali serię sześciu porażek. Oprócz czterech europejskich przytrafiły się również dwie ligowe - przeciwko Cracovii (2:4) oraz GKS Katowice (1:3). Białostocczanie przyjechali jednak po ograniu Widzewa Łódź (1:0) i z mocnym postanowieniem nadrobienia straty do Poznaniaków, którzy mieli cztery punkty więcej, ale przeciwnicy jeden mecz zaległy.
Nic jednak z tych planów gości nie wyszło. Lech wygrał wysoko, grając przy tym bardzo efektownie. Pierwszego gola pięknym uderzeniem z dystansu strzelił Afonso Sousa. Potem była ważna dla losów rywalizacji sytuacja, po której z czerwoną kartką usunięty został z boiska Adrian Dieguez. - Chciałbym podkreślić rolę VAR. Ktoś może nam zarzucić, że wideoweryfikacja nam pomogła, ale to nie był przypadek, bo wynikał z tego, jak zagraliśmy w ofensywie - komentował później trener Frederiksen. Kara dla przeciwników była podwójna, bo Dino Hotić postanowił się ścigać z Sousą w konkursie na piękniejszą bramkę. I przymierzył z wolnego tuż przy słupku, więc do przerwy było 2:0.
- Chciałbym podkreślić, że w drugiej połowie nie spuściliśmy z tonu, cały czas naciskaliśmy rywala i nawet po strzeleniu goli dalej atakowaliśmy. To mi się bardzo podobało - cieszył się duński szkoleniowiec. Na 3:0 trafił z rzutu karnego Filip Szymczak, potem był samobój rywala, a na koniec jeszcze z bliska wpakował piłkę do siatki Filip Jagiełło. - Jesteśmy bardzo usatysfakcjonowani kolejnym zwycięstwem, teraz jest to czwarta wygrana z rzędu, więc można powiedzieć, że jesteśmy na zwycięskiej ścieżce. Po rozegraniu ośmiu meczów mamy sześć czystych kont, co jest przekonywującym wynikiem. Takie było zresztą nasze dzisiejsze zwycięstwo - podkreślał Frederiksen, który rozpoczynał wtedy marsz po swój pierwszy tytuł w Polsce. Dzisiaj ma na koncie dwukrotne z rzędu mistrzostwo kraju.
- Spodziewaliśmy się trochę lepszej gry ze strony Jagiellonii, choć też mieli swoje okazje czy momenty, kiedy wychodzili spod naszego pressingu. Myślę, że było ich mało, co bardzo dobrze o nas świadczy i o naszej dyspozycji. Chcemy cały czas wysoko pressować i tym samym zmuszać przeciwnika do błędu. W tym meczu się to udało i jesteśmy z tego powodu zadowoleni - oceniał obrońca Kolejorza Michał Gurgul.
Lech sześć razy w lidze strzelał Jagiellonii pięć goli lub więcej. Oprócz tego spotkania sprzed dwóch lat, dwukrotnie było to w sezonie 1992/1993 (po 5:0), a także w 2008 (6:1), 2014 (6:1) oraz 2018 (5:1).
Zapisz się do newslettera