2019-03-19 10:44 Adrian Gałuszka, Jakub Ptak , fot. Przemysław Szyszka

"Na boisku wiedziałem, co do mnie należy"

Włodzimierz Wojciechowski występował w Lechu Poznań w latach 1972-76 oraz świętował z nim awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Jak to się stało, że wraz z Romanem Jakóbczakiem trafił do Kolejorza? Dlaczego nie zaistniał w kadrze selekcjonera Kazimierza Górskiego? Z jakiego powodu zakończył karierę już w wieku 27 lat? Oddajmy głos byłemu lechicie, który w niebiesko-białych barwach rozegrał łącznie 113 spotkań, w których strzelił 15 goli.

O karierze przed przyjściem do Lecha

Z Kolejorzem spotkałem się na boisku zanim jeszcze do niego trafiłem. To było w czasach, gdy występowałem jeszcze w Olimpii Poznań, a mecz między tymi dwiema drużynami był ważny w kontekście utrzymania się w drugiej lidze. Wygraliśmy 2:0, ja zdobyłem jedną z bramek, a Lech spadł wtedy do trzeciej ligi.

Kiedy zaczynałem w Olimpii, wydawało się mi z początku, że na zapleczu pierwszej ligi poziom nie jest za wysoki. Tymczasem dostałem na nim niezłą szkołę. Już przed debiutem w niej jeden z kolegów z zespołów, Marian Krawelt, powiedział mi jasno, że mam mu grać piłkę prosto na nogę, bardzo dokładnie. Jasno stwierdził, że jakieś zagrania za mocne, za lekkie, niecelne czy niedokładne go nie interesują. To był w ogóle niesamowity napastnik, prawdziwy bombardier. Wychodził na trening, brał dziesięć ciężkich piłek, ustawiał je dwadzieścia metrów od bramki i boso uderzał je po kolei w jej światło, a strzały miał piekielne. Poza tym w tamtym okresie piłkarze z drugiej ligi potrafili dostać się nawet do reprezentacji, jak chociażby Wacek Domagała, nie można więc mówić, że była to łatwa liga.

Miałem trochę szczęścia w tym, że udało mi się zahaczyć o klub pierwszoligowy. Graliśmy z Olimpią spotkanie pucharowe z Pogonią Szczecin, a ja pokazałem się w nim z dobrej strony. Tak się udało, że kończyłem służbę wojskową w Olimpii, a mi udało się przejść właśnie do zespołu ze Szczecina. Tam też czekała mnie olbrzymia rywalizacja, trzeba było cały czas się wyróżniać. Dostałem tam jeszcze większego szlifu i spotkałem kolejnego świetnego napastnika, Mariana Kielca. On też mi zawsze powtarzał: "Kiedy dośrodkowujesz, rób to z siłą, jakbyś strzelał na bramkę, a ja będę wykańczał te podania głową, brał na klatę, przyjmował bez problemu". Takim zawodnikiem również był Romek Jakóbczak, z którym bardzo szybko dobrze się dogadywałem i stworzyliśmy fajny duet.

Po niecałych dwóch latach w Pogoni Lech bardzo chciał zbudować drużynę mogącą awansować do pierwszej ligi. Tak się udało, że ludzie z Poznania dotarli do mnie, pytali, czy nie chciałbym wzmocnić ich klubu. Prezes Kolejorza prosił mnie, żebym pomógł mu zwerbować jeszcze chociaż jednego-dwóch piłkarzy. Rozmawiałem z Romkiem i dziwił się, czemu chcę iść grać o klasę niżej. Warunki jednak zostały nam zaproponowane takie, że obaj stwierdziliśmy, że nie ma się nad czym zastanawiać. Dołączył do nas też trzeci gracz Pogoni, bramkarz Andrzej Fischer, i wspólnie udaliśmy się pomóc Lechowi w walce o awans.

O grze w Kolejorzu

Po pierwszej rundzie sezonu 1971/72 zajmowaliśmy trzecie miejsce w tabeli, a tylko dwie ekipy wchodziły wyżej. Drugie miejsce zajmowała Arka, z którą rozgrywaliśmy swoje pierwsze spotkanie wiosną, a w jej szeregach był niesamowity Andrzej Szarmach. Wygraliśmy ten mecz, a po jego zakończeniu eskortowała nas milicja, takie napięcie on wywołał. Od tego momentu zaczęliśmy wygrywać seryjnie, a następnie awansowaliśmy.

W decydującym o promocji do pierwszej ligi starciu mierzyliśmy się u siebie z Zawiszą Bydgoszcz. Olbrzymie nerwy, wszystko zależało tylko od tego meczu. Do dziś pojawiają się nieścisłości odnośnie wyniku do przerwy, wiele ludzi podaje, że przegrywaliśmy po pierwszej połowie 0:2. Tymczasem owszem rywale strzelili na początku szybkie dwa gole, a na stadionie zapanowała cisza. To było straszne zaskoczenie, ale zespołowo wzięliśmy się w garść i do szatni schodziliśmy już z remisem 2:2. Później już obciążenie nieco z nas spadło, niedługo po gwizdku zdobyliśmy trzecią bramkę, a pod koniec czwartą. Nawet w tej drugiej lidze też trzeba było mieć szczęście i mocno spiąć, zespoły grały na całego, o punkty wcale nie było łatwo.

Przychodząc do Lecha wiedziałem, że właśnie po to przyszedłem. Chcieliśmy wypaść jak najlepiej w pierwszej lidze i staraliśmy się z tego wywiązać. Była ona dużo mocniejsza, niż dziś, występowało w niej wiele drużyn na naprawdę wysokim poziomie. To nie było tak, że ktoś posyłał piłkę na ślepo do przodu, gdzieś na zapalenie płuc, do takich się nawet nie biegło. Podanie miało być dokładne, zagrania precyzyjne, dośrodkowania trafiać celu, bez półśrodków. Dziś patrzę na ekstraklasę i nie wierzę, że nie można podać piłki prosto na pięć metrów.

O swojej boiskowej charakterystyce

Grając na skrzydle zdawałem sobie sprawę z tego, że to do mnie należy stwarzanie sytuacji kolegom. Ponieważ znaliśmy się z Romkiem świetnie, wiedziałem, że kiedy dostanę piłkę przed siebie na skrzydle, musiałem za wszelką cenę ruszyć do przodu i co najmniej jednego czy dwóch aniołów stróży minąć i poszukać kolegi. Udawało mi się to, miałem szybkość i umiejętności, a to właśnie z Jakóbczakiem grało mi się najlepiej. Dzięki temu zdobyliśmy bardzo dużo bramek i wygraliśmy wiele spotkań. Taka postawa ciągnęła w górę też kolegów z zespołu, którzy wzmocnieni wartościowymi piłkarzami stawali się coraz lepsi.

Byłem bardzo bojowo nastawiony do tych spotkań. Potrafiłem dwa razy zgubić piłkę, ale za trzecim razem stworzyć zagrożenie. Trener Białas mi powtarza jedno: "Ja tobie nie będę mówił, co masz zrobić, bo ty to wiesz", co mi się bardzo spodobało. Wierzył we mnie, podbudowywał w trudnych momentach, po nieudanych akcjach twierdził, że zaraz mi wyjdzie. A ja wtedy już przejmowałem piłkę, miałem swoje zadanie i je wykonywałem. Nie wszyscy mieli taki przywilej, ale czuł, komu może dać wolną rękę, miał doskonałą intuicję co do tego, na co stać jego piłkarzy. Innym zawodnikom starał się z kolei podpowiedzieć, dostosować ich do naszej gry. Mnie to razi, kiedy widzę trenerów machających rękami na meczach, cały czas rozkazując swoim graczom. Miałem takiego w Pogoni, w końcu mu powiedziałem, że jeśli chce żebym grał dobrze, nie może cały czas mnie instruować. On to zrozumiał, bo w trakcie spotkań nie można starać się kontrolować każdego ruchu zawodników, wtedy oni się po prostu gubią, osiągany jest efekt odwrotny od zamierzonego.

Swoją szybkość zawdzięczałem graniu w młodym wieku na… łąkach. Nie było mowy o równiutkich boiskach, układaliśmy bramki z kamieni, a jak stałem przy jednej z nich, to drugiej nie widziałem. Tam nauczyliśmy się techniki, utrzymania piłki, a gdy wchodziło się na trawę, gra stanowiła czystą przyjemność. Oprócz tego konkurencja od najmłodszych lat była znacznie większa, niż dziś, w samym Poznaniu funkcjonowało około dziesięciu niezłych klubów piłkarskich. W piłkę grało się wszędzie, a trenerzy mieli ogromne grono młodych zawodników do wyboru.

O kadrze trenera Kazimierza Górskiego

Mój debiut w reprezentacji zrobił wielkie wrażenie. Zawodnicy tamtego zespołu czy trenerzy stwierdzali zgodnie, że takie wejście do kadry jest sporą rzadkością. W październiku 1972 roku wygraliśmy z Czechosłowacją 3:0, a ja zaliczyłem asysty przy wszystkich bramkach. Selekcjoner brał mnie poważnie pod uwagę i powołał mnie na spotkanie eliminacji z Walią w Cardiff. W apartamencie spałem z Kasperczakiem i Lato, a po meczu zaprosili mnie na dyskotekę. Oni o 22 wrócili do hotelu, a ja niestety nie… Kaziu Górski powiedział w recepcji, że jak ktoś zobaczy, że wracam, mają mu dać znać. Tak też się stało, a trener od razu mi przekazał, że to był mój ostatni występ w kadrze. Tak sobie zawaliłem ten rozdział w reprezentacji.

Dawniej selekcjoner dysponował 30 świetnymi zawodnikami, wybór miał ogromny, personalnie był to zespół wyborny. Wtedy zrobiłem błąd, jak to młody chłopak, a w moje miejsce do tej drużyny przyszedł właśnie Romek Jakóbczak. Jak Górski przyjeżdżał do Poznania, wysłuchiwał o atmosferze wokół naszego klubu, niezłych umiejętnościach piłkarzy Lecha, w końcu postanowił, że da komuś z nas szansę. Pierwszy w kolejce byłem ja, a jak ja odpadłem, trafił do kadry Romek. Nie było możliwości dogadać się z selekcjonerem, gdyby nie on, pewnie dalej bym reprezentował Polskę. Wtedy z Walią przegrywaliśmy 0:2, gdy pojawiłem się na boisku, ale to nie znaczyło, że chciał on ze mnie zrezygnować, zdecydowała o tym ta sytuacja pomeczowa.

Atmosfera w drużynie narodowej była świetna. Fajnie przyjął mnie w niej Włodek Lubański, który miał bardzo mocną pozycję. Czuł się praktycznie niezagrożony, ale wtedy, w 1972 roku leczył kontuzję, a mi dawał wskazówki i sporo pomagał. Potrafił przyjść, porozmawiać, doradzić. Powiedział mi przed debiutem: "Graj tak, jak w klubie, nie myśl cały czas o tym, że to reprezentacja". Po nieudanym początku przypomniałem sobie te słowa i się przestawiłem. Można więc powiedzieć, że ten wspomniany pierwszy mecz to także po części jego zasługa.

Nawiązując do wcześniejszego fragmentu o typach trenerów, w reprezentacji bardzo spodobała mi się konkretność Jacka Gmocha. Przed spotkaniami opowiadał mi o obrońcy, przeciwko któremu miałem grać, jego zaletach, słabościach, a to wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Dawał wytyczne, jasno stawiając przy tym sprawę, co jest do zrobienia, kiedy zejść do linii, a kiedy poszukać innego rozwiązania. A kiedy już wychodziłem na boisko, byłem przygotowany w pełni i wiedziałem, co do mnie należy.

O niespodziewanym końcu kariery

Żeby przejść za granicę, trzeba było ukończyć właśnie 27 lat, a ja niedługo po osiągnięciu tego wieku dostałem propozycje transferu do Auxerre. Ja się zgodziłem, przyjechali ich prezesi, podpisaliśmy kontrakt, ja wziąłem ślub i okazało się, że z wyjazdu trzeba będzie zrezygnować. Miałem młodego teścia, który umierał z przyczyn zdrowotnych i prosił mnie, żebym zajął się jego dużą firmą. Zacząłem się nią zajmować bez większego namysłu, chciałem mieć poukładane życie, ta myśl o tym, co będzie po karierze bardzo zajmowała moją głowę w trakcie jej trwania.

Nie ma się co czarować, wtedy na futbolu się nie zarabiało dużych pieniędzy, co rodziło sporo znaków zapytania. Pamiętam, gdy w wojskowej Olimpii Poznań się nie powodziło i forma była nie najlepsza, przychodził prezes i zapowiadał, że jeśli nie będzie lepiej to wyglądało, trafimy do swojego oddziału i pójdziemy do pracy. W porównaniu do dziś, warunki finansowe były fatalne. Dlatego zależało mi na tym, żeby wyjść z twarzą już po zawieszeniu butów na kołku. Na szczęście dla mnie, tak też się stało.

O nieudanym powrocie do Lecha

Pół roku po moim odejściu trener Kopa zwrócił się do mnie z propozycją powrotu. Tuż po mnie, w 1976 roku, do klubu przyszedł Mirek Okoński, a trenerowi wymarzyło się, żebyśmy stworzyli nowy duet. Chciałem spróbować, ale po sześciu miesiącach przerwy nie miałem już odpowiedniej formy i kondycji. Trenowałem krótko z drużyną, a potem miałem zdecydować, czy chcę w niej zostać. Sam stwierdziłem, że jeśli nie czuję się dobrze, nie ma to większego sensu. W tamtym momencie trochę tego żałowałem, ale z dzisiejszej perspektywy przynajmniej nie "zblamowałem" wtedy swojego nazwiska.

O krótkim epizodzie trenerskim

Budowałem dom na Plewiskach, a tamtejszy klub znajdował w B-klasie, gdzieś na samym dnie tabeli. To były wczesne lata 90-te, a wójt poprosił mnie o pomoc, a najlepiej o poprowadzenie zespołu. Zgodziłem się na to i pełniłem funkcję trenera przez dwa sezony. Zacząłem od tego, że zorganizowałem sparing. Nie wiedziałem jeszcze, kto gdzie gra, ale ustaliłem po tym meczu wewnętrznym swój skład. Piłkarze nie wiedzieli o co chodzi.

- Jutro grasz z przodu.
- Trenerze, ale ja jestem obrońcą!
- Ale od dziś jesteś u mnie napastnikiem.

Pokupowaliśmy piłki, zaczęliśmy uczyć ich techniki, żonglerki, dokładności, uderzenia na bramkę, przyjęcia. Żadnego biegania, to byli chłopcy przychodzący na treningi prosto z pracy. Zaczęli tak grać, że wygrywali wszystkie mecze. I po roku awansowali klasę wyżej, a ja wróciłem do pracy w firmie.

Następne mecze

Sobota 20.07 godz.20:00
Piast Gliwice
vs |
Lech Poznań
Piątek 26.07 godz.20:30
Lech Poznań
vs |
Wisła Płock

Polecamy

Newsletter

Zapisz się do newslettera

Więcej

KKS LECH POZNAŃ S.A.
ul. Bułgarska 17
60-320 Poznań

Infolinia biletowa:
602-368-268 (9:00-17:00)
602-368-369 (9:00-17:00)

Tel: 61 886-30-00
mail: lech@lechpoznan.pl
Biuro Obsługi Kibica

Chcemy, aby korzystanie z naszych stron było dla Ciebie przyjazne. W tym celu staramy się dopasować treści oraz prezentowane reklamy do Twoich zainteresowań i preferencji. Jest to możliwe dzięki przechowywaniu w Twojej przeglądarce plików cookies oraz przetwarzaniu gromadzonych za ich pośrednictwem danych osobowych przez nas i naszych partnerów. Przez dalsze, aktywne korzystanie z Serwisu, bez zmian ustawień przeglądarki, wyraziłeś na to zgody.
Dowiedz się więcej >

Zamknij