2019-06-22 12:37 Mateusz Jarmusz , fot. Przemysław Szyszka

"Pracuję z bramkarzami, którzy cały czas mogą się rozwijać" - wywiad z Michałem Chamerą

Od niedawna nowym trenerem bramkarzy Lecha Poznań jest Michał Chamera. Kto strzelił trenerowi ostatniego gola podczas jego występów w ekstraklasie? Skąd pojawiła się propozycja pracy w Katarze? Jakie cele trener Chamera stawia sobie podczas pracy w Kolejorzu? Tego wszystkiego dowiecie się z rozmowy z nowym członkiem sztabu szkoleniowego.

Trenerze, jak wyglądają relacje kibicowskie między Bałtykiem, a Arką Gdynia?

- Wiadomo, że skoro są to dwa kluby z jednego miasta to jest im teoretycznie nie po drodze, ale obecnie Bałtyk i Arka raczej nie wchodzą sobie w drogę. Dzieli ich kilka klas rozgrywkowych. A dodatkowo mogę powiedzieć, że jest wielu zawodników, którzy w swoim CV mają oba kluby i dla nikogo nigdy nie było to problemem. Jednak mimo tego, że Arka jest w ekstraklasie, a Bałtyk w III lidze to cały czas mam wielu znajomych, którzy trzymają się klubu, w którym się wychowałem.

Nawiązałem do tego właśnie z tego względu. Jest pan wychowankiem Bałtyku, ale najbardziej jest pan kojarzony z występów w Arce.

- Oczywiście, ale nie są to jedyne kluby z regionu, w których występowałem. Grałem też w Lechii/Polonii Gdańsk i Raduni Stężyca. Do tego drugiego klubu trafiłem zaraz po wieku juniora i wyglądało to w taki sposób, że większość tygodnia trenowałem w Bałtyku, a w Raduni odbywałem jeden trening, po czym grałem mecz. Trenerem tego klubu był wtedy Janusz Kupcewicz, a więc postać w przeszłości związana z Lechem. Był to udany okres. W piętnastu meczach wpuściłem tylko siedem goli. Oczywiście była to zasługa całego zespołu, ale jest to warte odnotowania.

No i w końcu trafił trener do Arki Gdynia, gdzie miał pan najlepszy czas w swojej karierze. Po ponad dwudziestu latach powróciliście wtedy do ekstraklasy.

- Naszym szkoleniowcem był wtedy Mirosław Dragan i nic nie wskazywało na to, że miałbym być pierwszym bramkarzem. Miał nim być Jarosław Krupski, który na pewno był zawodnikiem o wiele bardziej doświadczonym. Jednak tydzień przed ligą rozgrywaliśmy mecz sparingowy, w którym Krupski zerwał więzadła krzyżowe. Sztab zastanawiał się co z tym zrobić, czy czasem nie ściągnąć jeszcze jednego bramkarza, jednak ostatecznie trener Dragan postawił na mnie i przez cały sezon, łącznie z pucharami, grałem ja.

Jak smakował ten awans, ponieważ na pewno dla kibiców Arki było to duże wydarzenie?

- Nie ma co ukrywać, że feta była niesamowita. Stadion był wypełniony po brzegi i tak samo było później na głównych ulicach Gdyni. Było to bardzo fajne przeżycie i pomimo tego, że byłem wychowankiem Bałtyku to jako gdynianin przeżyłem to mocno.

Na pewno bardzo dobrze pamięta pan swój pierwszy mecz w ekstraklasie, bo od razu został trener wrzucony na głęboką wodą.

- Oczywiście, do Gdyni przyjechała Legia Warszawa, a co ciekawe w bramkach było wtedy dwóch debiutantów. Ja i po drugiej stronie Łukasz Fabiański. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem, a chyba można powiedzieć, że to ja miałem więcej roboty w tym spotkaniu. Nawet z tego co pamiętam mogliśmy ten mecz wygrać, ale jak na to, że większość meczu graliśmy w dziesiątkę po czerwonej kartce, to ten wynik był naprawdę dobry.

A za to pierwszy wyjazd odbył się na stadionie, który będzie teraz trenerowi bardzo bliski.

- Oj, wtedy w Poznaniu musiałem się zdecydowanie więcej napracować niż w tym debiucie z Legią. Ostrzeliwali mnie Piotrek Reiss, Zaki, a przy golu Gajtkowskiego mogłem się o wiele lepiej zachować, ponieważ uprzedził mnie przy wyjściu do piłki. Na szczęście w końcówce udało nam się wyrównać i wywieźliśmy z Bułgarskiej cenny punkt.

Dla trenera był to bardzo dobry początek występów w ekstraklasie, ale później już nie było tak kolorowo, ponieważ doszło do zmiany w bramce. Co było powodem?

- Powodem zmiany i wejścia do bramki Norberta Witkowskiego było to, że złapałem kontuzję. A dokładniej dopadła mnie przepuklina kręgosłupa. Musiałem ją leczyć aż do połowy stycznia kolejnego roku. Dodatkowo do pełnego zdrowia wrócił Jarek Krupski i zaczęło się robić gęsto na mojej pozycji. Wracałem po rekonwalescencji i zgłosiła się po mnie Polonia Warszawa. Przepracowałem okres przygotowawczy, a pod okiem trenera Bako nie należał on do lekkich. Mocno byłem katowany, żeby sprawdzić czy kręgosłup jest już zdrowy. Wygrałem rywalizację z doświadczonym Żankarlo Simuniciem, który był świetnym gościem. Do dzisiaj utrzymuję z nim kontakt. Rozegrałem dwa mecze, a drugi z nich rozgrywany był we Wronkach.

Tam doznaliście dotkliwej porażki.

- Do przerwy było 0:0, ale po gwizdku popełniłem błąd przy dośrodkowaniu z rzutu rożnego i od tego momentu mecz zupełnie inaczej wyglądał.

Pamięta trener kto strzelił trzeciego gola, a równocześnie ostatniego jakiego puścił pan w ekstraklasie?

- Oczywiście, brat naszego trenera przygotowania fizycznego – Marcin Kikut. Była to bardzo ładna bramka i chyba była nawet nominowana do gola sezonu. Jak to się mówi „na drabinie by się tego nie wyciągnęło”. Człowiek był jeszcze młody i po tej porażce kilka razy niepotrzebnie się odezwałem. Przez to zostałem drugim bramkarzem. Simunić nie popełniał błędów, ale przegrywaliśmy i ostatecznie spadliśmy z ekstraklasy. Niby po sezonie pojawił się temat Arki, ale ostatecznie wyjechałem do Danii.

Jednak ta zagraniczna przygoda też nie była za bardzo udana?

- Miało to trochę inaczej wyglądać. Miałem grać w ekstraklasowym Horsens, ponieważ niby mieli kontuzjowanego bramkarza, ale jak ja dojechałem na miejsce to on nagle był już zdrowy. Na zachodzie jest tak, że trzeba być zdecydowanie lepszym od miejscowego i ostatecznie wypożyczono mnie do drugoligowego Brabrand. Broniłem tam regularnie, ale to nie było to o czym myślałem i postanowiłem wrócić do Polski. Ostatecznie trafiłem do Piasta Gliwice.

Piasta z którym awansował pan ponownie do ekstraklasy.

- Dokładnie, jednak na początku musiałem czekać na mój certyfikat z Danii i do bramki wskoczył Grzegorz Kasprzik. Wszystko dobrze szło, a więc nie było co zmieniać i znalazłem się w pierwszym składzie dopiero na dwie ostatnie kolejki. Jednak do końca walczyliśmy o awans i ostatecznie to się udało. To był ten wyjątkowy sezon, kiedy aż cztery drużyny awansowały do ekstraklasy.

Jednak ostatecznie nie pozostał pan w Piaście i tym samy nie powrócił do ekstraklasy. Co było powodem?

- W międzyczasie skończyłem uczelnię i aż do teraz jestem związany z gdańską Akademią Wychowania Fizycznego i Sportu, ponieważ cały czas walczę z doktoratem. Długo to trwa, ale zbliżam się już ku końcowi. Wtedy zaproponowano mi etat na uczelni, a ówczesna żona była w ciąży i ku zaskoczeniu wszystkich postanowiłem nie przedłużać kontraktu z Piastem. Wszyscy łapali się za głowę, że dobrowolnie nie chcę występować w ekstraklasie, ale decyzja już zapadła. Wróciłem do trzecioligowego Bałtyku. W pierwszym sezonie weszliśmy do II ligi i to raczej bez większych problemów. Tak sobie dobrze radziliśmy, że z tego co pamiętam biliśmy jakieś rekordy, ponieważ mieliśmy powyżej dziesięciu spotkań na zero z tyłu. Ponownie jest to zasługa całego zespołu, ale mimo wszystko takie rzeczy cieszą. Obojętnie co się działo wszystko broniłem albo przeciwnicy nie trafiali. Następnie pograłem trochę w drugiej lidze, ale ponownie zaczęły odzywać się plecy i postanowiłem, że przerwę to „dogorywanie”. W tym czasie nawet pojawiła się propozycja z Pogoni Szczecin, jednak stwierdziłem, że zawodnikiem w Chelsea już nie będę, ale trenerem mogę zostać. I od tego czasu postanowiłem zająć się trenerką.

I pierwszą pracą był powrót do Arki Gdynia.

- W międzyczasie jeszcze pojawiały się też inne tematy. Pracowałem z grupami młodzieżowymi, współpracowałem z Pomorskim Związkiem Piłki Nożnej, ale można powiedzieć, że praca w Arce była pierwszą w roli szkoleniowca. Nieoficjalnie byłem koordynatorem szkolenia bramkarzy w juniorach starszych i młodszych. W tym samym czasie pojawił się temat Bytovii, gdzie dojeżdżałem dwa razy w tygodniu do trenera Janasa, ale po jakimś czasie pojawił się Katar.

No właśnie, skąd w ogóle pojawiła się oferta pracy w tym arabskim kraju?

- Drużyny z Kataru wyjeżdżają w sierpniu na obozy do Europy. I tak było w 2014 roku, kiedy mój przyszły klub przyjechał do Gniewina. Była taka sytuacja, że ich ówczesny trener bramkarzy dostał pracę jako członek sztabu w reprezentacji Wybrzeża Kości Słoniowej. Wyszło mu to na dobre, ponieważ pół roku później wygrali Puchar Narodów Afryki. W związku z jego odejściem na miejscu potrzebowali jakiegoś trenera bramkarzy. Akurat wszystko się tak złożyło, że ktoś mnie znał, władałem językiem angielskim, nie miałem akurat pracy, a więc przyjechałem. Porozmawialiśmy, dogadaliśmy się na pewną stawkę i przeprowadziłem chyba dziesięć jednostek treningowych. Po obozie przekazano mi pieniądze, z tego co pamiętam nawet z nadwyżką, ale na tyle się im spodobałem, że od razu usłyszałem „Jedziesz z nami!”. Wiadomo, że nikt nie może wszystkiego rzucić tak z marszu. Powiedziałem, ze potrzebuje czasu, a jak już się zdecydowałem to zaczęły się procesy wizowe. W końcu po chyba dwóch miesiącach, przyszła oficjalna propozycja i od stycznia 2015 roku ruszyłem. Na początku myślałem, że będzie to trwało trochę krócej, a skończyło się na ponad trzech latach.

Początkowo Muaither S.C. był klubem drugoligowym, ale udało wam się wywalczyć awans do najwyższej klasy rozgrywkowej.

- Tak, ale później od razu spadliśmy. To był właśnie taki zespół balansujący między tymi poziomami. Nie za mocni, nie za słabi. Są tam zdecydowanie lepsze drużyny i to nie tylko sportowo, ale przede wszystkim budżetowo. W tych najbogatszych klubach zdarzało się, że zawodnik był piąty do grania, u mnie występowałby bez problemu, ale jemu nie chciało się przychodzić, bo tam zarabiał cztery razy więcej.

Na pewno najciekawsze w tym wszystkim jest zderzenie z inną kulturą. Czy te różnice miały jakiś wpływ na treningi?

- Z tych różnic kulturowych i klimatycznych wynikały zarówno plusy, jak i minusy. Na przykład jest tam przepis zabraniający ściągania bramkarzy spoza Kataru. Mogli grać na tej pozycji tylko obywatele tego kraju lub urodzeni w nim. No i problem był taki, że nie było ich za wielu. Bramkarz nr 1 prezentował odpowiedni poziom, ale dwaj pozostali najczęściej nie. Kilka razy była kupa śmiechu z tego, że gdybym włożył rękawice to jeszcze teraz byłbym lepszy od nich. Podejście było takie, że jeżeli bramkarz wpuścił jakąś bramkę po jego ewidentnym błędzie to trzeba było ich bardziej „głaskać” niż wytykać błędy. Nikt nie lubi krytyki, ale oni wybitnie jej nie lubią. Zawsze pojawiała się kwestia, że winny jest trener bramkarzy, bo akurat takiej sytuacji nie trenowaliśmy wcześniej. Dodatkowo wszyscy tam są powiązani rodzinnie, a więc szybciej pogonią trenera, niż słabego zawodnika. Innym razem miałem taką sytuację, że chciałem pokazać prezydentowi klubu, że mam z bramkarzami nawet dodatkowe treningi i sumiennie z nimi pracuję. Chciałem zrobić trening koło 9:00, a jeden z zawodników mówi, ze będzie problem. Okazało się, że on chodzi spać o 7:00 i wstaje o 16:00. No to rzeczywiście nie zgraliśmy się. Sprawy mentalne mogły być na lepszym poziomie, ale po prostu w Europie inaczej się pracuje i jesteśmy przyzwyczajeni do czegoś zupełnie innego.

A kwestie wyjazdów na obozy?

- Zdarzyło się, że wyjeżdżaliśmy na prawie miesięczne zgrupowania. Mieliśmy takie np. w Bośni i Hercegowinie. Dzień w dzień te same twarze, dlatego jak ktoś narzeka na dziesięciodniowy wyjazd to mi pozostaje się tylko uśmiechnąć.

Wiara miała jakiś wpływ na piłkarzy i na ich treningi?

- Była taka sytuacja, że mieliśmy czwartego bramkarza, który zagrał raz w sparingu. Generalnie nie powinien, ale były naciski z góry i nie mieliśmy wyboru. Za każdym razem jak piłka z prawej strony boiska trafiała do niego to on zamiast grać ją na lewo to ekspediował ją ponownie w ten największy kocioł. Raz, drugi, trzeci…cały czas robił to samo. Trener krzyczy do mnie, żebym zwrócił mu na to uwagę. Po meczu mu wytłumaczyłem wszystko, pomachał głową i powiedział, że nie ma problemu. Kolejna gra wewnętrzna na treningu, a on w kółko to samo. W końcu doszło do spotkania na którym był dyrektor, trener główny i nawet prezes. Pada pytanie czy szkoleniowiec bramkarzy uczy cię tego, pokazuje błędy, on odpowiada, że tak. Pada naturalne pytanie to dlaczego tak grasz? On popatrzył i mówi, że Allah tak chciał. No i w tym momencie był koniec tematu. Będąc już tutaj w Opalenicy dyskutowałem na ten temat z Mickey van der Hartem, ponieważ u nich w lidze także jest dużo muzułmańskich zawodników i wiele rzeczy potwierdził. Ogólnie są to piłkarze z bardzo dobrym przygotowaniem technicznym i motorycznym, ale gorzej z tymi sprawami taktycznymi i mentalnymi.

Pomimo tych niedogodności to jednak trafiła się trenerowi przygoda, która zostanie z trenerem do końca życia.

- Oczywiście. Podszkoliłem bardziej język angielski, nauczyłem się arabskiego, a przede wszystkim poznałem ciekawych ludzi. Obecnie mam nawet kontakt z Xavim, bo kilka razy byliśmy razem na herbatce. Zdarzyło mi się rozmawiać z Wesleyem Snijderem oraz Gianfranco Zolą, który akurat nie wytrzymał tej presji i dał radę pracować tylko przez dwa miesiące.

Czemu trener zdecydował się na powrót?

- Wystarczyło już tego wszystkiego. Mimo tego, że mogłem tam siedzieć i siedzieć, bo jednak przeżyłem sześciu trenerów głównych i przy każdym zatrudnieniu klub ciągle naciskał, że ja mam zostać. Jednak pojawiła się tęsknota za krajem. Na początku było wiele entuzjazmu, bo i człowiek poznał nową kulturę i pozwiedzał okoliczne kraje, ale przysłowie mówi, że dobrze jest tam gdzie nas nie ma.

No i powrócił pan do Polski i rozpoczął pracę w pierwszoligowej Bytovii Bytów.

- Z tym powrotem to też było wesoło, bo ja chciałem już być w Polsce w maju. Jednak wtedy rozpoczął się ramadan, rozmawiam z prezydentem w środku nocy, kiedy oni dopiero budzą się do życia i jak on usłyszał, ze chcę rozwiązać kontrakt z powodów rodzinnych to powiedział, że nie ma szans. Zgodził się na to, żebym na razie pojechał na urlop i zobaczymy co z tego będzie. Wróciłem po ramadanie i wcześniej powiedziałem, że w klubie pojawię się tylko na rozwiązanie kontraktu. A trzeba powiedzieć, że biurokracja jest tam bardzo zaawansowana i bez zgody prezydenta nie można opuścić kraju. W końcu się dogadaliśmy, zaczęliśmy rozwiązywać kontrakt, ale żeby rozliczyć się ze wszystkiego trzeba wręcz wypełnić obiegówkę. Zupełnie jak na studiach. Musiałem chodzić od ministerstwa do ministerstwa i zbierać podpisy oraz pieczątki. Dzięki kontaktom, które już nawiązałem udało mi się to zrobić w dziesięć dni, ale wtedy był już prawie koniec lipca. Z Polski pojawiały się wcześniej propozycje, nawet z ekstraklasy, ale nie rozumiano dlaczego od tak nie mogę rozwiązać kontraktu. W Bytovii na mnie poczekali i udało się zahaczyć blisko domu. Wróciłem także na uczelnię i dodatkowo byłem wykładowcą na kursach.

Jednak ten pobyt w Bytowie nie zakończył się happy-endem i miał pan okazje brać udział w najbardziej niesamowitym meczu poprzedniego sezonu w polskiej piłce.

- Hitchcock by tego nie wymyślił. Walczymy o utrzymanie, stadion w Katowicach pełen kibiców, my jako Bytovia nie wygraliśmy na wyjeździe od września. Remis w meczu Rakowa z Wigrami, remis w naszym spotkaniu. Mamy rzut wolny w doliczonym czasie gry, w pole karne wbiega bramkarz Andrzej Witan i zdobywa bramkę. Wybiegamy z ławki pełni radości, ale kątem oka widzę, że coś jest nie tak. Ktoś już chyba coś wiedział. Dookoła nas załamani piłkarze GKS-u, w tym nasz Tymek Puchacz. Okazało się, ze Wigry jednak wygrały i pomimo takiego scenariusza wydarzeń w naszym starciu nic nam to nie dało. Przeżyliśmy coś takiego, ale trzeba pamiętać, ze spadek nie jest efektem jednego meczu, tylko całego sezonu.

Teraz przyszła kolej na Lecha Poznań. Jak trener traktuje to nowe wyzwanie?

- Jeżeli chodzi o organizacyjne sprawy to jest to najlepszy klub w mojej karierze. Jest to duże wyzwanie i od początku propozycję z Kolejorza traktowałem jako duże wyróżnienie. Nie ma co ukrywać, jestem młodym trenerem bramkarzy, do tej pory bezpośrednio w ekstraklasie nie pracowałem, ale wynikało to z różnych względów i kilka razy świadomie odmówiłem. Do pracy jestem bardzo dobrze przygotowany, mam pokończone najwyższe kursy trenerskie. UEFA A kończyłem w pierwszym rzucie, a w ławce siedziałem z Józefem Młynarczykiem. Znam swoje dobre strony. Obecnie w Lechu mam bramkarzy młodszego pokolenia, którzy cały czas mogą się rozwijać. Z każdym z nich mam czystą kartę i teraz pozostaje nawiązać odpowiednią współpracę. Zawsze powtarzam, że bramkarz musi pracować więcej niż zawodnik z pola, ponieważ dotyczą go zarówno elementy taktyczno-techniczne, jak i samo bronienie dostępu do bramki.

Jaki stawia sobie trener największy cel podczas pracy w Poznaniu?

- Moim celem zawsze jest wychwycenie mankamentów danego bramkarza i zrobienie wszystkiego, żeby podciągnąć je do góry. W to nie wchodzi tylko sam trening, ale też rozmowy, bo one także mają duży wpływ. Poznajemy się cały czas, ale wszyscy zawodnicy muszą zrozumieć, że muszą ufać sztabowi szkoleniowemu. Wtedy będziemy mieli przed sobą wspólny cel, który ostatecznie uda się osiągnąć.

Rozmawiał Mateusz Jarmusz

Następne mecze

Piątek 20.09 godz.20:30
Lech Poznań
vs |
Jagiellonia Białystok
Wtorek 24.09 godz.17:30
Chrobry Głogów
vs |
Lech Poznań

Polecamy

Newsletter

Zapisz się do newslettera

Więcej

KKS LECH POZNAŃ S.A.
ul. Bułgarska 17
60-320 Poznań

Infolinia biletowa:
602-368-268 (9:00-17:00)
602-368-369 (9:00-17:00)

Tel: 61 886-30-00
mail: lech@lechpoznan.pl
Biuro Obsługi Kibica

Chcemy, aby korzystanie z naszych stron było dla Ciebie przyjazne. W tym celu staramy się dopasować treści oraz prezentowane reklamy do Twoich zainteresowań i preferencji. Jest to możliwe dzięki przechowywaniu w Twojej przeglądarce plików cookies oraz przetwarzaniu gromadzonych za ich pośrednictwem danych osobowych przez nas i naszych partnerów. Przez dalsze, aktywne korzystanie z Serwisu, bez zmian ustawień przeglądarki, wyraziłeś na to zgody.
Dowiedz się więcej >

Zamknij