2020-05-27 14:05 Andrzej Juskowiak , fot. Adam Ciereszko

Jeden Klub Tysiąc Historii: pięciopak Juskowiaka

Dzisiejsze spotkanie ze Stalą Mielec będzie pierwszym starciem tych zespołów od prawie dwudziestu pięciu lat. Dlatego w ramach cyklu "Jeden Klub Tysiąc Historii" cofamy się do mistrzowskiego sezonu 1989/1990, kiedy to Lech Poznań wyraźnie pokonał mielczan na własnym stadionie 6:1. Aż pięć goli strzelił wtedy Andrzej Juskowiak i to właśnie on będzie naszym narratorem.

Do Lecha przyszedłem z Kani Gostyń jako siedemnastolatek i na początku byłem członkiem zespołu rezerw, który trenował na Dębcu. Muszę przyznać, że był to dla mnie trudny okres. W tym samym czasie juniorzy Kolejorza zdobyli mistrzostwo Polski, a więc konkurencja była olbrzymia. Co prawda, udało mi się zadebiutować w lidze, ale szczerze mówiąc, pamiętam te wejścia jak przez mgłę, bo emocje były ogromne. Dopiero po pół roku udało mi się załapać na treningi z pierwszym zespołem i mogłem się pokazać. Można powiedzieć, że znalazłem się w dobrym miejscu w odpowiednim czasie, bo piłkarzami stale grającymi z przodu byli Bodek Pachelski i Jarek Araszkiewicz, którzy byli podobnym typem napastnika. Byli indywidualistami szukającymi podobnej gry i wydaje się, że lepiej czuli się poza polem karnym. Nie były to typowe "9" i wydaje mi się, że dlatego dostałem szansę. Lech, który zawsze grał ofensywnie mógł grać trzema napastnikami i tak też się stało. Dobrze wpisałem się w ten czas, a więc nie wiem jak potoczyłyby się moje losy, jeżeli byliby w zespole zawodnicy o innej charakterystyce i jednak byłby tam ten typowy napastnik.

Moim prawdziwym poważnym debiutem był mecz o Superpuchar Polski przed sezonem 1988/1989. Przegraliśmy to spotkanie z Górnikiem Zabrze, ale było to niezłe przetarcie i przede wszystkim ważny dla mnie gol. Dał mi on wiarę w to, że pomimo młodego wieku mogę zdobywać bramki na wyższym poziomie. Myślę, że to właśnie po tym trafieniu inaczej na mnie zaczął patrzeć sztab trenerski, bo wiadomo, że jak młodzi zawodnicy są utalentowani i dobrze się o nich mówi, to tak naprawdę potwierdzeniem tego jest dopiero gra na boisku. Wcale nie treningi, tylko zrobienie czegoś konkretnego w czasie meczu.

Jednak kluczowy był dla mnie dopiero kolejny sezon, a właściwie to domowe starcie ze Stalą Mielec. W karierach wielu piłkarzy można znaleźć taki jeden przełomowy mecz i właśnie tym było dla mnie to spotkanie. Pięć goli bardzo przybliżyło mnie do tytułu króla strzelców. To starcie było wręcz idealnym przykładem tego w czym był najlepszy tamten Lech. Miałem mnóstwo dośrodkowań i równocześnie były one bardzo dobre. Właściwie wystarczyło tylko dostawiać głowę i dlatego trzy z tych pięciu goli były właśnie strzelone w ten sposób. "Araś" wykorzystywał swoją szybkość, uciekał ciągle gościom i wrzucał takie piłki, że czasami na treningu, kiedy nie ma przeciwnika, ciężko jest dostać łatwiejsze do wykorzystania. Dlatego strzelanie tych goli było wtedy formalnością. Czasami bywają takie mecze, że ma się kilka sytuacji, a nie można z tego nic trafić, a wtedy ze Stalą wpadało mi prawie wszystko, co koledzy wypracowali. Było to efektem tej pazerności całego zespołu na kolejne gole.

Te pięć trafień bardzo mnie wzmocniło i w kolejnych meczach miałem dużą pewność siebie. Tak jak już powiedziałem graliśmy wtedy bardzo ofensywnie i bardzo dobrze wykorzystywaliśmy potencjał zawodników tworzących ten zespół. Jak wspominam Bodka Pachelskiego to mam wrażenie, że gdyby starczyło mu sił to potrafiłby nawet przez pół godziny utrzymywać się przy piłce i nadal by mu jej nie zabrano. Bardzo często z piłką zbiegał zupełnie nie w tę stronę gdzie jest bramka, ale wtedy nagle potrafił zagrać ją do mnie między obrońcami. Po wielu latach w nomenklaturze pojawił się "no look pass", a on to robił już w tamtym czasie. Nikt nie potrafił tak zagrać. Dzięki temu mieliśmy duży wachlarz możliwości podparty ogromnymi umiejętnościami.

Ostatecznie zostaliśmy mistrzami Polski, ja byłem najskuteczniejszy w drużynie, a równocześnie odebrałem koronę króla strzelców ligi. Można powiedzieć, że miałem szczęście, bo w połowie sezonu Krzysztof Warzycha wyjechał do Panathinaikosu Ateny, a więc też dzięki temu było mi łatwiej. Jednak zapracowałem na to, tak jak cały zespół zapracował na mistrzostwo. Większy smaczek jest kiedy sukces indywidualny idzie w parze z zespołowym, a więc tym bardziej mogłem się z tego cieszyć. Jak się ma dziewiętnaście lat to inaczej patrzy się na to wszystko. Wydawało się, że skoro teraz się udało, to co roku możemy teraz sięgać po ten tytuł. Buńczuczne, może aroganckie podejście, ale wiek robi swoje. Jednak jak tylko pojawiało się trochę bujania w chmurach, to Damian Łukasik zawsze trzymał wszystko twardą ręką i nie pozwalał na to, żeby młodzież za mocno szalała. Na mnie też miał baczną uwagę i nie pozwolił na jakąkolwiek "sodówkę". Cieszę się, że wtedy nie zdecydowałem się na wyjazd, chociaż propozycje były. Nie byłem jeszcze wtedy na to gotowy. W dalszych latach strzelałem może mniej goli, ale równocześnie rozwijałem się jako piłkarz. Przygotowało mnie to do wyjazdu i udanej gry poza Polską. Wyjechałem jako bardziej ukształtowany piłkarz, jako król strzelców Igrzysk Olimpijskich, a więc to też ułatwiało mi wejście do szatni Sportingu.

Każdy rok spędzony w Lechu był dla mnie bardzo ważny, bo po pierwsze, był to klub do którego bardzo chciałem przyjść, grać i osiągać sukcesy. Było to spełnieniem moich marzeń. Po drugie, gra w Poznaniu była ogromnym krokiem w moim rozwoju. Przeszedłem z Kani Gostyń do drużyny, gdzie wokół mnie byli najlepsi zawodnicy w Polsce i jak się okazało poradziłem sobie tutaj ze strzelaniem goli. Gra przy Bułgarskiej dobrze mnie przygotowała do przyszłych zmian klubowych, regularnej gry w Portugalii, Grecji i Niemczech, a przede wszystkim do zdobywania tam kolejnych bramek.

Chciałbym zakończyć dzisiejszym meczem pucharowym. Patrząc na te pierwsze spotkania w Bundeslidze widać, że te zespoły, które mają jakość piłkarską bardzo dobrze sobie radzą. Ta dwumiesięczna przerwa nie zrobiła im żadnej krzywdy i właśnie tą jakością wygrywają mecze. Rywal, który bardziej bazuje na grze w bezpośrednim kontakcie nie jest w stanie tak od razu tego odbudować, dlatego łatwiej jest lepszym zawodnikom. W związku z tym to właśnie ten element powinien zdecydować na korzyść Lecha i to drużyna trenera Żurawia powinna wygrać w Mielcu.

Zredagował Mateusz Jarmusz

Następne mecze

Niedziela 25.10 godz.17:30
Lech Poznań
vs |
Cracovia
Czwartek 29.10 godz.21:00
Rangers F.C.
vs |
Lech Poznań

Polecamy

Newsletter

Zapisz się do newslettera

Więcej

KKS LECH POZNAŃ S.A.
ul. Bułgarska 17
60-320 Poznań

Infolinia biletowa:
tel. 602-368-268 (10:00-17:00)
tel. 602-368-369 (10:00-17:00)

Tel: 61 886-30-00
mail: lech@lechpoznan.pl
Biuro Obsługi Kibica

Chcemy, aby korzystanie z naszych stron było dla Ciebie przyjazne. W tym celu staramy się dopasować treści oraz prezentowane reklamy do Twoich zainteresowań i preferencji. Jest to możliwe dzięki przechowywaniu w Twojej przeglądarce plików cookies oraz przetwarzaniu gromadzonych za ich pośrednictwem danych osobowych przez nas i naszych partnerów. Przez dalsze, aktywne korzystanie z Serwisu, bez zmian ustawień przeglądarki, wyraziłeś na to zgody.
Dowiedz się więcej >

Zamknij