2018-10-11 16:49

Będąc kibicem trzeba krytykować i trzeba wymagać - wywiad z Ivanem Djurdjeviciem

Pięć miesięcy temu Ivan Djurdjević został wybrany pierwszym trenerem Lecha Poznań. Szkoleniowiec Kolejorza w rozmowie z naszą stroną internetową opowiada m.in. o kwestiach opaski kapitańskiej, przygotowania fizycznego oraz wsparciu kibiców.

Co było dla pana trudniejsze? Debiut w dorosłej piłce jako piłkarz, czy debiut w najwyższej klasie rozgrywkowej jako trener?

- Każdy moment w życiu, w którym stykamy się z czymś nowym jest niewiadomą. Zawsze w takiej sytuacji trzeba starać się zrobić krok do przodu. Moja praca w Lechu jest wielowymiarowa, czyli jest nowa zarówno pod względem zawodowym, jak i osobistym. Chęć sprostania wszystkim wyzwaniom wzbudza we mnie ogromne emocje. W związku z tym ten początek pracy w Lechu jest dla mnie wyjątkowy. Debiutancki mecz z Gandzasarem był dla mnie mieszanką emocji, ale również obaw przed tym jak to wszystko będzie wyglądało. Jednak to wszystko jest dla mnie cenną nauką i zbieraniem doświadczenia. Dobry start zespołu, a później seria porażek, także pokazały, że w tym wszystkim trzeba znaleźć trochę pokory. Przyszedł gorszy moment, ale zarówno ja, jak i zespół, radzimy sobie z nim.

W jaki sposób taki trudniejszy moment hartuje trenera?

- Taka huśtawka nastrojów, jaką przeżyliśmy już w tym sezonie, nie jest łatwa. Wpływ na to miało wiele czynników, m.in. kontuzje kilku piłkarzy z podstawowego składu, co doprowadziło do gry mniej doświadczonych zawodników i zmiany ustawienia. Jednak należy zauważyć, że w meczach, w których przegrywaliśmy, nie byliśmy aż tak słabi. Dobry początek w spotkaniu z Wisłą, gra do końca w starciu w Lubinie, pojedynek z Piastem Gliwice, w którym wynik był niezadowalający, ale w pierwszych czterdziestu pięciu minutach gra wyglądała naprawdę dobrze. Jednak wokół Lecha często się powtarza, że nie liczą się liczby, tylko sam wynik. Później była przerwa na kadrę, gdzie wrócili piłkarze po kontuzjach, ale równocześnie wielu przebywało na zgrupowaniach reprezentacji.

Następnie przyszedł mecz z Legią.

- To spotkanie do dzisiaj stoi mi w gardle. Musieliśmy wtedy szybko zareagować. Podobnie jak na początku sezonu po słabym zakończeniu poprzedniej kampanii. Pomimo porażki cieszy mnie to jak wyglądał zespół w meczu z Arką, bo pokazał, że zareagował. I to jest dla mnie bardzo ważne. Ja jako szkoleniowiec musze patrzeć trochę dalej niż na wynik, musze doceniać samą pracę zespołu. Dlatego jestem zadowolony z tego, że drużyna zawsze walczy do końca. Tak było we wszystkich meczach, poza tym z Legią. Po tych gorszych wynikach graliśmy pod olbrzymią presją w spotkaniu pucharowym z ŁKS-em. Piłkarze stworzyli sobie mnóstwo sytuacji, ale nic nie chciało wpaść do bramki. Jednak ponownie udało nam się w ostatniej minucie.

Był pan zadowolony z końcowego wyniku tego meczu?

- Czasami pytam chłopaków, czy wynik 1:0 to dobry wynik. Oczywiście, że tak. W dzisiejszej piłce mieć przewagę jednej bramki to dużo. Dla mnie skończyły się czasy, gdzie jakieś zespoły będą regularnie wygrywały wysoko.

A ostatnie starcie przed przerwą reprezentacyjną?

- Z Górnikiem Zabrze martwi nas ten początek spotkania i brak koncentracji. Jednak po liczbie stworzonych sytuacji i oddanych strzałów, widać, że jest na czym pracować. Wynik jest dla nas ważny i ja jako trener muszę budować zespół pod ten wynik. Ludziom może się to nie podobać, ale cały czas budujemy zespół po tym wszystkim, co działo się w ostatnim czasie. Nawet jak nie jestem w klubie, to Lech siedzi w mojej głowie przez 24 godziny na dobę. Staram się, żeby ta drużyna była jak najlepsza, jednak to jest proces. Ludzie, którzy chcą być z klubem widzą te pozytywy, a osoby krytykujące zawsze były i zawsze będą. Ja tej krytyki nie unikam, normalnie chodzę ulicami Poznania i robię swoje.

Czy pan nadal odczuwa wsparcie kibiców w takim samy stopniu, jak w momencie objęcia posady w Lechu?

- Wiem, w jakim klubie pracuję. Kibice Lecha są bardzo wymagający, a z piłką nożna zawsze związane są emocje. Na początku mojej pracy niektórzy widzieli już cud w Poznaniu. Myśleli, że nie będziemy przegrywać i tracić bramek, a teraz mamy odwrotną sytuację. Przed pierwszym meczem prowadziłem odprawę, podczas której powiedziałem zawodnikom, że wielu nas będzie krytykowało, ale równocześnie przed każdym spotkaniem większość modli się i trzyma kciuki za nas. Będąc kibicem trzeba krytykować i trzeba wymagać, ale w tej krytyce nadal trzeba być z klubem. Kolejorz w swojej historii był w o wiele trudniejszych momentach, ale to wsparcie cały czas było. Wiemy, że w ostatnich latach Lechowi się nie powodziło, ale jesteśmy tu dla tego klubu i musimy robić wszystko, żeby grał dobrze. Nadal czuję wsparcie na ulicach, ludzie mnie zaczepiają i rozmawiają. Czasem człowiek jest zmęczony, chciałby jechać jak najszybciej do rodziny, ale rozmawiam. Ludzie chcą wiedzieć co się dzieje w klubie. Często ta miłość do klubu i chęć ciągłego wygrywania może się obrócić w nienawiść, ale ja to odbieram jako życzenie sobie powrotu Lecha na właściwe tory. Naszym zadaniem jest przywrócić wiarę w to, że warto przyjeżdżać na stadion i nas wspierać. Każdego zapraszamy do przyjścia i dania nam szansy.

Czy założenia, które miał pan przed rozpoczęciem pracy zmieniły się?

- Zawsze można mieć jakieś plany, ale jednak to tylko sport i bardzo często ten plan jest weryfikowany np. przez kontuzje. Kiedy pracowałem z rezerwami nie miałem aż takiej styczności z urazami. Możliwe, że wpływ na to mają walka o wyższe cele i stres z tym związany. Wchodzę obecnie w zupełnie nową grupę ludzi i ja też potrzebuję czasu, żeby ich poznać, a piłkarze potrzebują czasu, żeby poznać metody nowego sztabu szkoleniowego.

Skoro pan już wspomniał o zespole rezerw. Jakie są różnice między pierwszą, a drugą drużyną Lecha?

- Pod każdym względem praca z pierwszym zespołem jest zupełnie inna od tego co robiłem w rezerwach. Mamy prawie trzydziestu ludzi, do których musimy się dostosować i znaleźć odpowiedni sposób zachowania. Sytuacje są różne i każdy musi umieć się do nich dostosować. Zarówno ja, jak i piłkarze. Są elementy o których można dyskutować, a są takie, które temu nie podlegają np. dyscyplina, praca, zaangażowanie. Musimy robić wszystko, żeby w drużynie każdy czuł się dobrze, ale równocześnie nie możemy zapominać o wcześniej wymienionych elementach. Do takiego poznania się wzajemnie nie wystarczy kilka meczów. Trzeba znać swoje zachowanie kiedy się przegrywa, kiedy się popełnia błędy, kiedy wychodzi się z tych błędów. Prace zaczęliśmy w czerwcu, a już teraz jest wiele rzeczy, które można analizować. Uważam, że na takie pełne poznanie grupy ludzi, z którą pracuję potrzeba około sześciu miesięcy. Oczywiście są wśród nich ludzie którzy już byli w klubie, ale są też tacy zawodnicy, którzy dopiero do nas dołączyli. Piłkarze z różnych kultur, z różnych okresów przygotowawczych, ponieważ niektórzy byli w trakcie treningu, niektórzy dopiero zaczynali i nie grali żadnych spotkań. Wiele rzeczy musimy wziąć pod uwagę, a tylko jedna rzecz jest pewna. Czeka wynik, czekają ludzie i trzeba sobie z tym poradzić.

Czy pan uważa, że eksperyment z wymienną opaską kapitańską był udany?

- Ja jako nowy trener nie znałem tych ludzi, a więc nie można było głosować w tej kwestii. A jako były zawodnik wiem, że opaska kapitańska to ważna rzecz. Jednak równocześnie każdy z tych zawodników musi być liderem. Jeżeli ktoś umie być profesjonalistą, kontroluje swój odpoczynek, dietę itp. to wtedy jest liderem dla siebie.

Czyli każdy jest kapitanem?

- Tak. Każdy jest odpowiedzialny za ten zespół. Jakikolwiek ruch na boisku, poza nim, na treningu, poza zajęciami czy w domu ma wpływ na zespół i na późniejszy wynik. Rok temu w drużynie też był problem związany z opaską kapitańską. Sam byłem piłkarzem i chociaż nie byłem kapitanem, to byłem liderem naszej szatni. Interweniowałem jeżeli widziałem, że ktoś zachowuje się nieodpowiednio dla dobra drużyny. Dużo rzeczy ma wpływ na to kto zostaje kapitanem, np. wiek i doświadczenie. Podjęliśmy próbę z młodszymi zawodnikami, ale było widać jak ta opaska działa na nich. Oczywiście na pierwszym miejscu to ja jestem za nich odpowiedzialny, ale to jest coś innego i czymś innym jest grupa ludzi walcząca o jeden cel. Bardzo trudno jest taką grupę stworzyć. Nie jest możliwe zbudowanie zespołu, w którym jeden za drugiego wskoczy w ogień. Ważne, żeby tak myślała większość. Na tym bazowałem jako zawodnik i na tym bazuję jako człowiek. Jeżeli zespół będzie silny jako grupa to wynik też w końcu przyjdzie. Poprzez zmianę kapitanów chciałem pokazać, że nie jestem egoistą, że chcę, żeby oni sami wykreowali kapitana. Grupa musi mieć świadomość, że to jest ich życie i że muszą umieć razem wychodzić z kryzysów. Na razie mają swoje problemy, ale walczą i to jest najważniejsze. Tak jak mówiłem: na to wszystko potrzeba czasu. Jako trener byłbym zdziwiony gdyby od początku wszystko udawało się tak, jak ja tego chcę.

Czy w trakcie całego procesu poszukiwania liderów znalazł pan piłkarzy, którzy czymś zaskoczyli i po których pan nie spodziewał się tego, jaką pozycję w szatni sobie zdobyli?

- W naszej szatni wielu piłkarzom przeszkadza bariera językowa, dlatego ten proces też tyle trwał. Chciałem, żeby nowi zawodnicy zaczęli rozumieć więcej po polsku. Ważne jest odpowiednie przejście tego okresu adaptacyjnego. Są na początku różnice, których nie przeskoczymy, dla wielu pojawiają się różnice kulturowe np. Pedro Tiba przy zajęciach siłowych powiedział, że przez rok pracował na treningach jedynie z piłkami. Język, mieszkanie, jedzenie, te wszystkie zmiany mają wpływ. Dlatego chciałem dać ten czas całemu zespołowi, jednak mecz z Legią pokazał, że trzeba wyznaczyć ludzi, którzy będą odpowiedzialni. Jest wielu zawodników, których znałem, ale jest też wielu, których nie znałem pod tym kątem np. Thomas Rogne. Nie jest on liderem, który krzyczy, ale na boisku wskazuje i pomaga młodszym zawodnikom. Właśnie tak to powinno wyglądać w zespole, czyli bardziej doświadczeni zawodnicy pomagają młodszym. To jest ta relacja, którą budujemy. U nas każdy może polegać na koledze z drużyny. Dlatego ostatecznie wybraliśmy czwórkę kapitanów m.in. pod kątem językowym. Łukasz Trałka i Jasmin Burić są najdłużej w klubie, wiele tutaj wygrali, ale wiele też przegrali. Oni potrafią wyobrazić sobie co przeżywają ci najmłodsi zawodnicy. Dodatkowo wybraliśmy Pedro Tibę i Thomasa Rogne. Tego ostatniego ze względu na to, że mówi po angielsku i dodatkowo jest zawodnikiem, który swoją postawą boiskową i treningową dużo daje drużynie. Natomiast Pedro Tiba jest krótko w klubie, ale widać w nim cechy lidera boiskowego. Można było to zauważyć w ostatnim meczu z Górnikiem. Widać, że potrafi wziąć ciężar gry na siebie i opaska kapitańska sprawia, że czuje się jeszcze bardziej odpowiedzialny za resztę zespołu. Są to ludzie, którzy na ten moment będą odpowiedzialni za szatnię.

Ostatnio dużo mówi się o statystykach biegowych i o tym, że Lech odstaje w tej kwestii od przeciwników. Mógłby pan wyjaśnić z czego to wynika?

- Na początku jak przychodziłem tu do pracy, powiedziałem, że nie chcę oglądać swojego Lecha wybijającego długie piłki do przodu. Nie chcę zespołu, któremu będzie zależało tylko na strzeleniu gola na 1:0 i na utrzymaniu wyniku. Byle jak, obojętnie w jakim stylu. Zaraz znowu pojawiłaby się krytyka, że co prawda wygrywamy, ale tak naprawdę nic nie gramy. W zeszłym sezonie Lech tak grał i tym modelem nic nie ugrał. Dobra gra w obronie, brak ryzyka, oddawanie małej liczby strzałów. Ja widzę to inaczej. Dlatego to, jak gramy wynika z charakterystyki zawodników, jakich teraz mamy, czyli czujących się lepiej w posiadaniu piłki. Cały środek pola mamy złożony z piłkarzy, którzy wolą grać piłką niż pressować i odbierać. Jednak pomimo tego że gramy inaczej to wygląda to coraz lepiej. Jak na dłoni widać, że oddajemy coraz więcej strzałów na bramkę przeciwnika, a więc należy poprawić skuteczność. Jednak sam sposób gry wygląda już o wiele lepiej. Co mecz powtarzam zawodnikom, że budujemy każdą akcję od tyłu i nie chcemy wybijać piłek na oślep. Nie możemy być drużyną, która będzie grała tylko z kontrataku. Jeżeli jesteś zespołem walczącym o najwyższe cele, to zazwyczaj grasz przeciwko drużynie, która raczej czeka na to, co my zrobimy. W takim wypadku to my gramy piłką, cierpliwie budujemy akcje i zmuszamy przeciwnika do biegania. Gdybyśmy byli skuteczni, to nikt nie patrzyłby na statystyki biegowe. Różnice w statystykach biegowych były zauważalne np. po meczu z Górnikiem, jednak jest to młody zespół, który bieganiem nadrabia inne rzeczy. Wprowadzamy styl, który nas charakteryzuje i tego musimy się trzymać i to udoskonalać. Brakuje ostatnio tylko paru punktów, żeby zupełnie inaczej patrzeć na naszą pracę i jeżeli dalej będziemy pracować to te punkty przyjdą. Piłkarze też są tego świadomi, bo czasami nawet, jak mamy dzień wolny to przyjeżdżają i sami z siebie pracują. Uważam, ze mamy większe problemy mentalne niż fizyczny i to nad tym musimy pracować.

Czyli jest pan zwolennikiem tego, że formę buduje się cały sezon, a nie tylko w czasie przygotowań przedsezonowych?

- Tak samo, jak nie można się najeść na zapas, tak samo nie można trenować na zapas. Można dobrze pracować i być zadowolonym z przepracowanej jednostki, ale nie można być zajechanym. Ja w czasie kariery zawodniczej miewałem takie momenty, że musiałem trzy miesiące dochodzić do siebie po okresie przygotowawczym. Wszystko musi być podzielone na mikrocykle, w trakcie których budowane są konkretne rzeczy - siła, wytrzymałość itp. Jak graliśmy w europejskich pucharach to w tygodniu mieliśmy jeden albo dwa treningi, na których mogliśmy cokolwiek zrobić. W tym okresie nasza praca składała się głównie z regeneracji, przygotowania pod przeciwnika, odpraw i wyjazdów. Po przygotowaniach wiedzieliśmy, że wejdziemy w intensywny cykl meczów. Potem nastąpił okres, w trakcie którego ci przemęczeni czy kontuzjowani zawodnicy zaczęli wracać do treningów i grania. Podchodzimy bardzo indywidualnie do takich rzeczy. Jest bardzo dużo elementów i sytuacji do których musimy podchodzić w taki sposób. Naszym zadaniem jest utrzymywać piłkarzy cały czas w odpowiednim przygotowaniu i równocześnie nie można ich przemęczyć, bo później nie ma ich kiedy odbudować. Dlatego okres przygotowawczy trwa dla mnie cały rok. Musi to wszystko iść w tym kierunku i ludzi trzeba zmieniać. Mogę podać przykład z przeszłości, kiedy po przygotowaniach z Franciszkiem Smudą straciliśmy na samym końcu mistrzostwo Polski, a rok później z Jackiem Zielińskim i Andrzejem Kasprzakiem, którzy inaczej do tego podchodzili i na świeżości zdobyliśmy ten tytuł.

W tym sezonie jak na razie nie było czasu na wprowadzanie do składu młodych zawodników. Jak pan widzi obecnie ten proces?

- Planujemy w tym sezonie dać poważną szansę Klupsiowi, Pleśnierowiczowi i Sobola, ale chwilowo dwaj pierwsi narzekają na drobne urazy. Dodatkowo zarówno Wiktor, jak i Hubert, kończyli poprzedni sezon w juniorach, przez co nie pracowali do początku z nami. I co ważne i mimo wszystko w ciężkich momentach nie będę wystawiał wychowanków, bo jeżeli coś się nie uda i nie będą mieli takiego wejścia jak Klupś rok temu, to od razu usłyszą, że się do niczego nie nadają.

Ale na obozie przygotowawczym dołączą do pierwszego zespołu nowi zawodnicy z Akademii?

- Wiadomo jak ważna dla nas jest Akademia. Cały czas wiem, co się dzieje w juniorach i rezerwach. Mamy kontakt z trenerami, z Rafałem Ulatowskim i z nowym dyrektorem sportowym, Tomaszem Rząsą. Powoli przygotowujemy nowych zawodników i równocześnie sprawdzamy także tych, którzy są w pierwszej drużynie, po czym podejmiemy decyzje jak najlepiej ich wprowadzać. Zupełnie inaczej wprowadza się do drużyny młodych piłkarzy, kiedy jest dobrze, a inaczej kiedy jest problem.

Czyli ma pan z tyłu głowy nazwiska, w przypadku których czeka na moment, kiedy będą mogli zacząć trenować z pierwszą drużyną?

- Oczywiście, że tak. Te pięć lat w akademii związało mnie z tymi ludźmi i nie może być inaczej. Jednak obecnie nie ma miejsca na sentymenty i nikt z takiego powodu nie trafi do pierwszej drużyny. Fajnie jest obserwować jak rośnie jakiś zawodnik, jak np. Kamil Jóźwiak. W tej kwestii wszystko przed nami.

Następne mecze

Piątek 21.12 godz.20:30
Wisła Kraków
vs |
Lech Poznań
Piątek 08.02 godz.20:30
Lech Poznań
vs |
Zagłębie Lubin

Polecamy

Newsletter

Zapisz się do newslettera

Więcej

KKS LECH POZNAŃ S.A.
ul. Bułgarska 17
60-320 Poznań

Infolinia biletowa:
602-368-268 (9:00-17:00)
602-368-369 (9:00-17:00)

Tel: 61 886-30-00
mail: lech@lechpoznan.pl
Biuro Obsługi Kibica

Chcemy, aby korzystanie z naszych stron było dla Ciebie przyjazne. W tym celu staramy się dopasować treści oraz prezentowane reklamy do Twoich zainteresowań i preferencji. Jest to możliwe dzięki przechowywaniu w Twojej przeglądarce plików cookies oraz przetwarzaniu gromadzonych za ich pośrednictwem danych osobowych przez nas i naszych partnerów. Przez dalsze, aktywne korzystanie z Serwisu, bez zmian ustawień przeglądarki, wyraziłeś na to zgody.
Dowiedz się więcej >

Zamknij