SL Benfica będzie rywalem Lecha Poznań w 4. kolejce fazy ligowej Ligi Europy. Z tym klubem Kolejorz już rywalizował w europejskich pucharach, choć w niecodziennych okolicznościach, bo bez udziału publiczności ze względu na pandemię koronawirusa. Historia bojów poznańsko-portugalskich jest jednak bogatsza, obejmuje łącznie trzy dwumecze.
Do pierwszego doszło w sezonie 2010/2011, kiedy Lech po raz drugi w historii awansował do wiosennych gier pucharowych. Miał szansę być pierwszym polskim klubem od 20 lat, który wyeliminuje przeciwnika w drugiej części sezonu. Kolejorz trafił na portugalski klub SC Braga, a przygotowania odbywały się w cieniu decyzji UEFA, która pozwoliła sprzedać bilety na zaledwie 75 proc. pojemności stadionu przy Bułgarskiej.
Ówcześni Mistrzowie Polski wygrali u siebie 1:0, a gola strzelił niezawodny Artjoms Rudnevs. Odbyło się to w ekstremalnych okolicznościach pogody, bo przy mrozie i padającym śniegu, który pokrył murawę. - Muszę bardzo mocno podziękować Siergiejowi Kriwcowi, który zagrał do mnie wręcz wyśmienicie. Tak naprawdę nie pozostało mi nic innego, jak tylko pobiec i kopnąć do siatki. Na tym śniegu musiałem tylko uważać, żeby piłka mi nie uciekła - mówił Łotysz.
Na rewanż lechici wylecieli dzień wcześniej, bo dało im to okazję potrenowania w dobrych warunkach na zielonej nawierzchni. Trener Jose Bakero niesamowicie zaskoczył - jeśli nie nazwiskami piłkarzy, których wysłał do gry w podstawowym składzie, co dziwnym ustawieniem. Pokerowa zagrywka polegała na tym, że Rudnevs zaczął mecz w wyjściowym składzie na skrzydle, a Semir Štilić był wysuniętym napastnikiem! I to przy założeniu, że Kolejorz chciał grać z kontrataku. A Bośniak przecież nie jest zawodnikiem stworzonym do takiej gry. Na początku zresztą miał zresztą wymarzoną sytuację - nie trafił jednak w bramkę. Gospodarze przed przerwą wbili dwa gole i to w ostatecznym rozrachunku wynik 2:0 dał im awans, potem zresztą doszli aż do finału Ligi Europy. Poznaniacy mogli w końcówce wbić gola na wagę kolejnej rundy, ale raz piłka odbiła się od poprzeczki, innym razem minęła minimalnie cel.
Na kolejnego przeciwnika z Portugalii czekaliśmy 4,5 roku. Dwumecz z CF Os Belenenses odbył się w fazie grupowej Ligi Europy 2015/2016. Trener Maciej Skorża po Mistrzostwie Polski zaliczył falstart w lidze i stąd szefostwo klubu stało na stanowisku, że mimo awansu do LE, zespół powinien skupić się na krajowych rozgrywkach. Dlatego na początek z portugalskim Belenensen szkoleniowiec kilku podstawowych zawodników posadził na ławce rezerwowych. Chodziło głównie o tych, którzy mieli kłopoty z wytrzymaniem gry co trzy dni: Kaspera Hämäläinena, Szymona Pawłowskiego, Barry'ego Douglasa, czy Karola Linettego. Na dodatek Łukasz Trałka w pierwszej połowie doznał urazu kostki.
Bez optymalnego składu Kolejorz zagrał słaby mecz i nie wykorzystał szansy, jaką było pokonanie dość przeciętnego portugalskiego zespołu, który poziomem z pewnością nie dorównywał wielkim firmom z tego kraju - Benfice, Sportingowi czy FC Porto. Co ciekawe, zremisował też 0:0 w rewanżowym meczu w Lizbonie, notując z Belenenses rzadko spotykany bilans dwumeczu - 0:0. Oba kluby zresztą odpadły z dalszych gier, a awansowały z tej grupy włoska Fiorentina oraz szwajcarski FC Basel.
Historię zamyka dwumecz z SL Benfica, czyli najbliższym przeciwnikiem. Lech prowadzony przez trenera Dariusza Żurawia fantastycznie spisał się w eliminacjach Ligi Europy, które ze względu na pandemię koronawirusa były rozgrywane systemem tylko jednego spotkania w każdej z czterech rund. Lechici pokonali łotewską Valmierę 3:0, szwedzkie Hammarby IF 3:0, cypryjski Apollon Limassol 5:0 i w decydującym boju belgijski Royal Charleroi SC 2:1. Na dodatek trzy z czterech zwycięstw odniesione zostały na wyjazdach.
Fazę grupową rozpoczynała konfrontacja na Enea Stadionie przy Bułgarskiej z SL Benfica. Niestety, bez udziału publiczności, bo obiekty były wówczas zamknięte z powodu pandemii. - Lech walczył z Benficą jak Rocky z Apollo Creedem - pisała poznańska prasa po meczu, w którym niedoceniany poznański pretendent postawił się jednemu z gigantów europejskiej i światowej piłki nożnej. Nikt nie miał wątpliwości, że Benfica powinna grać w Lidze Mistrzów, ale tak się złożyło, że po wpadce z greckim zespołem PAOK Saloniki wylądowała w niższym pucharze, jak dziesięć lat wcześniej Juventus Turyn i Manchester City, z którymi Kolejorz sobie poradził.
Teraz zadanie było trudne, bo gdy Benfica zjechała do Poznania, aż roiło się od jej gwiazd - i obecnych, i tych dawnych. Największą na boisku okazał się młody, przebojowy Urugwajczyk Darwin Nuñez. Już mówiono o nim, że wkrótce może stać się wielkim piłkarzem, ale kariera nie ułożyła się zapewne tak, jakby chciał. To on zdecydował o zwycięstwie portugalskiego giganta 4:2, chociaż Lech dwukrotnie go dopadał i doprowadzał do remisu po iście szalonym meczu i golach Mikaela Ishaka.
- Kiedyś będziemy to wspominali przy szklance herbaty - mówił po spotkaniu bramkarz Filip Bednarek i niewątpliwie miał rację. Wydarzeniami i akcjami można by obdzielić kilka meczów, a postawa Kolejorza - mimo porażki - była godna pochwały. Lech raz jeszcze zaskarbił sobie uznanie całej Polski, co przywodziło na myśl jego wielkie mecze z wcześniejszych edycji. - Cała presja, jaka związana była z naszym startem w europejskich pucharach, dotyczyła awansu do fazy grupowej. Sprostaliśmy. To, co teraz ugramy, to bonus - dodawał golkiper.
I rzeczywiście, Kolejorz grał swobodnie, bez presji i przypadł do gustu swoim kibicom. Chwalił go także trener Jorge Jesus, legenda Benfiki. Wbrew pozorom, nie wystawił on w Lidze Europy rezerw, ale najsilniejszy skład. O grudniowym rewanżu nie ma co się rozpisywać. Gospodarze wygrali bowiem pewnie, 4:0 z Lechitami, którzy nie zagrali w najsilniejszym składzie, bo sztab musiał stosować rotacje ze względu na zmęczenie i problemy zdrowotne zawodników. A musiał poprawić również swoją sytuację w PKO BP Ekstraklasie.
SL Benfica
Lech Poznań
Zapisz się do newslettera