Lech Poznań zagra wyjazdowy mecz ze Śląskiem Wrocław. Klub z Dolnego Śląska wrócił po roku przerwy do najwyższej klasy rozgrywkowej. W naszym cyklu 1klub1000historii przypomnimy starcie na wrocławskiej arenie w 2022 roku, kiedy Lechici sięgnęli po mistrzostwo Polski. Posiłkować będziemy się opowieścią z książki "Lech od kulis. Historie na 100-lecie Kolejorza" autorstwa Macieja Henszela, menedżera ds. komunikacji i relacji z otoczeniem Lecha Poznań, a wówczas - rzecznika prasowego.
Rywalizacja toczyła się 1 kwietnia, ale mimo że to prima aprilis, to trenerowi Maciejowi Skorży nie było do śmiechu. A zaczęło się dobę wcześniej. Zespół zszedł z treningu, jadł obiad i szykował się do tego, żeby ruszyć na Dolny Śląsk. Ja pojawiłem się u szkoleniowca jak zwykle kwadrans przed planowaną konferencją prasową. Na moment skoczymy naprzód, bo po niej czytałem opinie na Twitterze i przeważały takie, że mimo ważnego momentu sezonu, opiekun Niebiesko-Białych jest wyjątkowo wyluzowany, ze swadą i dowcipem odpowiada na każde pytanie, z tego należy czerpać optymizm. Wtedy odpisałem, że pewnie kiedyś będzie okazja opowiedzieć jak to wtedy wyglądało od kulis, bo akurat pozory najczęściej mylą.
Zwykle przed pójściem na spotkanie z dziennikarzami podpowiadam, o co może być pytany, starając się skorzystać z doświadczenia i to przewidzieć. Do tego, czy w mediach pojawiły się jakieś nowe tematy, o które może zostać zahaczony. Tego dnia jednak był wyraźnie rozkojarzony, podminowany, wręcz rozgniewany.
- Panie Macieju, nie rozmawiajmy dziś, weźmiemy konferencję na żywioł - oznajmił od razu na wstępie i widać było, że coś zupełnie innego zajmuje mu głowę. Po chwili zdążył rzucić tylko krótkie pardon i lotem błyskawicy wybiegł z pokoju. Słychać było tylko jak krzyczy na korytarzu do swoich asystentów: - Czy wy możecie mi do jasnej cholery dowiedzieć się, kto ostatecznie jedzie na mecz. Zostało pół godziny do wyjazdu, a ja nie znam kadry na spotkanie ligowe, to jest jakaś paranoja!
To był ten dzień, kiedy infekcje pokonały Mikaela Ishaka, a także Antonio Milicia, czyli dwóch liderów. Nie mogli wsiąść do autokaru. Co prawda, lekarz zapewniał, że postawi ich na nogi i zostaną dowiezieni do Wrocławia, bo to na szczęście niedaleko, ale Szwed nawet będąc na miejscu nie miał szans postawić nogi na boisku, czuł się bowiem fatalnie. Z kolei Chorwat wytrzymał tylko 45 minut i musiał wejść za niego Joel Pereira.
Kiedy oznajmiłem trenerowi, że musimy już iść, to zabrał się, ale ze złości trzasnął drzwiami w gabinecie. Jadąc na czwarte piętro, bo tam odbywała się konferencja ze względu na remont sali na parterze, nie odezwaliśmy się słowem. Na górze po włączeniu kamer… zupełnie inny człowiek. Kameleon. Kiedy skończył i wracaliśmy, to odezwał się pierwszy: - Panie Macieju, bardzo przepraszam, ale ten sezon to jest taki rollercoaster, że ledwo wyrabiam. A tu jeszcze takie nieszczęścia nas spotykają.
Odpowiedziałem, że nie ma tematu, bo nic się nie stało i doskonale go rozumiem, bo wszyscy pracownicy w klubie są zaangażowani w walkę o upragnionego majstra i denerwują się także bardzo mocno, trzymając przy tym kciuki. - Mamy to i jeszcze żyjemy! - takie głosy wybrzmiały na ławce zaraz po końcowym gwizdku starcia na wrocławskiej arenie. Wygrana 1:0 po golu Michała Skórasia sprawiła, że wyścig po tytuł zapowiadał się na finiszu pasjonująco, a Lech ostatecznie okazał się w nim najszybszy i dotarł do mety na pierwszej pozycji.
Śląsk Wrocław
Lech Poznań
Zapisz się do newslettera