2019-07-21 13:29 Adrian Gałuszka , fot. Przemysław Szyszka

- We Francji osiągnąłem szczyt możliwości - wywiad z Dariuszem Dudką

W piątek opublikowaliśmy pierwszy fragment obszernej rozmowy z pracownikiem pionu sportowego Akademii Lecha Poznań oraz byłym już piłkarzem Kolejorza, Dariuszem Dudką. Po części poświęconej rozdziałowi w niebiesko-białej koszulce zapraszamy dziś na drugą połowę wywiadu, w której Wybitny Reprezentant Polski opowiada o swojej karierze reprezentacyjnej oraz zagranicznej.

Ten fragment rozmowy zacznijmy od pytania, na które polski piłkarz po zawieszeniu butów na kołku ma często problemy z odpowiedzią. To była dla Dariusza Dudki kariera czy przygoda z piłką?

- Występowałem na wszystkich największych turniejach, które były w "moim" czasie do zagrania, mam na koncie 65 spotkań w reprezentacji Polski czy mecze w mocnych europejskich ligach cz Lidze Mistrzów, to wszystko nie jest przypadek. Nie mam wątpliwości, mówimy tu o karierze.

Cofając się więc do pierwszej wielkiej imprezy w twojej karierze, jak pamiętasz moment powołania na mundial w 2006 roku za Pawła Janasa w wieku zaledwie 22 lat?

- Nie oglądałem w ogóle tego słynnego studio, w czasie którego trener ogłaszał kadrę na ten turniej. Myślałem, że jestem bardzo daleko od szansy wystąpienia na nim. Większość meczów grałem w kadrze do lat 21, więc praktycznie nie brałem takiej opcji pod uwagę. Byłem z żoną na długich zakupach, wróciłem do domu dobrze po 21, mając wyciszony telefon. Kiedy go zobaczyłem, przeraziłem się, bo myślałem, że coś się stało. No i się stało (śmiech). Patrzę, a tam gratulacje, a ja wciąż nie wiedziałem o co chodzi. Tata zadzwonił i oznajmił mi, że jadę na Mistrzostwa Świata. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Niedługo później skontaktował się ze mną kierownik, podał wszystkie szczegóły, a ja chyba dopiero wtedy w to uwierzyłem.

Uwierzyć nie mogli też kibice w całej Polsce, biorąc pod uwagę brak powołań dla Jerzego Dudka oraz Tomaszów: Kłosa, Frankowskiego i Rząsy. Jak drużyna na to zareagowała?

- Byłem wtedy bardzo młodym chłopakiem, starsi zawodnicy nie rozmawiali wtedy ze mną na takie tematy. Wiem na pewno, że był niemały zgrzyt, ale na co dzień się tego nie czuło. Wszystko odbywało się normalnym trybem: zgrupowania, ostatnie treningi, przygotowania, sam udział w mistrzostwach. Abstrahując od naszego wyniku sportowego, to prawdopodobnie najlepszy turniej, na jakim byłem.

Chodzi o twój sentyment do niego czy, dla przykładu, o organizację i poziom tych mistrzostw?

- Otoczka, atmosfera, organizacja - uważam, że Niemcy wtedy super zorganizowali to wydarzenie. Może to się bierze po części z tego, że to był pierwszy taki turniej dla mnie, może dlatego tak to odbieram. Dużo rzeczy mogłem sobie wyciągnąć nawet po tych moich kilku minutach z Niemcami, kiedy po moim wejściu straciliśmy bramkę. Jako młody chłopak brałem to do siebie, myślałem, że to wszystko moja wina.

David Odonkor długo się śnił po nocach?

- Odonkor był po prostu ode mnie szybszy, a do tego źle się ustawiłem. Grałem tego dnia na lewej obronie, a nominalnie na tę pozycję przymierzany zostawał Seweryn Gancarczyk. Ja miałem za sobą pół rundy na stoperze w Wiśle Kraków. Mimo to trener Janas odczuwał do mnie większe zaufanie i dał mi okazję występu. Wnioski? Dośrodkowań w meczu jest wiele, ale napastnika w polu karnym trzeba kryć bardzo blisko, wtedy tego nie zrobiliśmy w ogóle. Nie ukrywam, szybkość Odonkora, który dostarczył tę piłkę blisko naszej bramki też miała znaczenie, ale więcej rzeczy w tej akcji nie zagrało.

Patrząc szerzej na tamten mundial w waszym wykonaniu, czynnikiem, którego wam najbardziej zabrakło do wyjścia z tej grupy była za mała suma umiejętności w zespole?

- Oczywiście, że tak. Myśleliśmy, że nasze braki nadrobimy ambicją. Przypominam sobie wszystkie turnieje, bardzo często to wyglądało tak, że rywale byli po prostu od nas piłkarsko lepsi, a my szukaliśmy naszych szans w innych sferach.

Nawet na EURO 2012, kiedy wylosowaliście "najsłabszą grupę w historii Mistrzostw Europy"? Wydawało się, że to wszystko, czego brakowało sześć lat wcześniej, na organizowanym przez nasz kraj turnieju mieliście już po swojej stronie.

- Wszyscy występowali w swoich klubach, a część na naprawdę wysokim poziomie. Mieliśmy "Lewego", może jeszcze nie w takiej dyspozycji i o takich umiejętnościach, jakimi dysponuje dzisiaj, ale wciąż mówimy o topie Bundesligi. Był Błaszczykowski, Obraniak, Piszczek, Rafał Murawski z Rubina Kazań, ja grałem wszystko w Auxerre, Wojtek Szczęsny. Trudne wspomnienia, ale chyba o wszystkim zdecydował pierwszy mecz. Zawsze się przed nim za mocno napompujemy...

No tak, ale na otwarcie tamtego EURO padł remis, mieliście jeszcze dwa spotkania, żeby awansować.

- Zgadza się, w drugim też padł remis, ale co z tego, skoro trzeci przegraliśmy. Rosja była najtrudniejszym przeciwnikiem, wygrała swój pierwszy mecz z Czechami 4:1, ciężko się z nią grało. Nie czuliśmy się od niej słabsi, podobnie zresztą jak od Czechów. Problemem było co innego: mieliśmy na tamtych mistrzostwach w każdym ze spotkań dwie zupełnie różne od siebie połowy. Z Grecją pierwsza świetna i druga fatalna, z Rosją na odwrót, przeciwko Czechom ponownie przed przerwą nieźle, a po niej już bardzo źle.

Masz wrażenie, że mieliście przeanalizowanych swoich rywali w tamtym turnieju w należytym stopniu?

- Tak, bez wątpienia. Pod tym względem wszystko było ok.

A jak ty patrzyłeś na sprawę naturalizowanych zawodników w naszej reprezentacji, tzw. "farbowanych lisów"?

- To wszystko było na siłę. Myślę, że trener forował ten temat. Piłkarze chcieli się pokazać i wybić, a w swoich reprezentacjach, we Francji czy Niemczech, nie dostali na to szansy, bo byli za słabi. Taka jest moja opinia.

Jak oni byli odbierani z kolei przez grupę?

- Uważam, że ok, nie byli jacyś wyobcowani. Po części istniała bariera językowa, bo "Ludo" (Ludovic Obraniak – przyp. red.) umiał porozumiewać się tylko po francusku i angielsku, Damien Perquis po angielsku, jedynie Eugen Polanski mówił po polsku. Nie bez przyczyny paszport wydaje się po iluś latach zamieszkania w danym kraju. To nie reguła wymyślona z powietrza, moim zdaniem to logiczne. Pamiętam z kolei z drugiej strony, że Obraniak twierdził, że nie jest akceptowany przez drużynę. Brało się to z jednej przyczyny: nie rozumiał, co się mówi dookoła. Większość chłopaków grała za granicą, więc to zrozumiałe, że jak przyjeżdżali na kadrę, to chcieli pogadać w ojczystym języku. On to odbierał jako przejaw niechęci w jego stronę.

Ze względu na to, że mówiłem biegle po francusku, miałem zawsze pokój obok "Ludo". Zamysł był taki, żeby miał się z kim komunikować. On mi mówił, że przykładowo Kuba Błaszczykowski obraził się na niego, bo z nim nie rozmawia. Tłumaczyłem mu, że tak nie jest, że po prostu jeden z nich rozmawia po francusku i angielsku, a drugi po niemiecku i polsku. "Nikt nie jest na ciebie obrażony, wszyscy się cieszymy, że tu jesteś, masz umiejętności, dajesz tej reprezentacji jakość" - próbowałem go uspokoić. Widać jednak było, że siedziało to w nim, że nikt inny z nim nie gadał.

Pozostali też czuli wyobcowanie?

- Nie, nie, nic z tych rzeczy. Sebastian Boenisch to mega fajny chłopak, Polanski to samo, Perquis też zawsze uśmiechnięty, więc wydaje mi się, że "farbowani" byli ok (śmiech). Atmosfera była dobra, można powiedzieć, że stanowiliśmy jedną drużynę. Dla mnie to był drugi turniej w roli podstawowego zawodnika tej reprezentacji, więc takie rzeczy czułem już doskonale.

Płynnie przechodzimy więc do tego pierwszego turnieju, na którym odgrywałeś bardziej znaczącą rolę, niż na mundialu w Niemczech, a więc EURO 2008. Jakim trenerem był Leo Beenhakker, który wprowadził naszą kadrę na pierwsze Mistrzostwa Europy w historii?

- Przyszedł do nas w dobrym momencie, o czym świadczą wyniki, jakie do pewnego momentu z nami osiągał. Generalnie to mega człowiek, potrafił nas świetnie zmotywować. Super podchodził do kwestii odpraw i kwestii przedmeczowych. Jeśli widział, że coś jest nie tak, rozmawiał z tobą, pytał co i jak, czy wszystko dobrze w rodzinie. Psycholog. Wszyscy go szanowali, mówiliśmy na niego "Big Boss".

I przy okazji tych mistrzostw mieliście w składzie pewnego rodzynka, jakim był Roger Guerreiro. Akurat ty z nim miałeś sytuację, która w pewnym momencie urosła do rangi legendy, pamiętasz ją?

- Grając w Wiśle Kraków mieliśmy zapewnione mistrzostwo Polski na długo przed końcem ligi i pojechaliśmy na Łazienkowską na Legię. Przegrywaliśmy do przerwy 0:2 w młodym składzie, a ja tuż przed nią dostałem za faul na Brazylijczyku czerwoną kartkę. Media sobie wymyśliły, że będzie kwas w kadrze jak obaj na nią przyjedziemy. Nic takiego nie miało miejsca, to też był fajny, pozytywny chłopak. Jak jeszcze miałem Facebooka, regularnie gadaliśmy, co robi, czy przyjeżdża do Polski. On miał nawet dziewczynę, może nawet żonę z naszego kraju, mówił bardzo dobrze po polsku.

A czym różniła się ta drużyna od tej, która dwa lata wcześniej pojechała do Niemczech?

- To był inny zespół, ale nie potrafię powiedzieć, czy mocniejszy. Ponownie nie wyszliśmy z grupy, więc silniejszy pewnie nie. Eliminacje przeszliśmy bez problemu, a grupę mieliśmy mocną, z Portugalią czy Belgią. Graliśmy z nimi fajne mecze, ale i mieliśmy w nich trochę szczęścia. W pierwszym spotkaniu na EURO jednak nie mieliśmy żadnych szans. Niemcy byli od nas zdecydowanie lepsi, próbowaliśmy się jakoś odgryzać, ale nie ma o czym mówić. Drugi mecz z Austrią powinniśmy wygrać, ale też zagraliśmy w nim bardzo słabą pierwszą połowę, w trakcie której mogliśmy stracić ze trzy-cztery bramki. Świetnie wtedy bronił Artur Boruc, a reszta historii jest znana: my strzeliliśmy gola po spalonym, przeciwnik wyrównał po tym nieszczęsnym gwizdku Howarda Webba i karnym, a w pomyłkach sędziowskich i w tej konfrontacji wyszliśmy na remis.

Boruc z tamtego okresu był najlepszym bramkarzem, z jakim przyszło ci grać w reprezentacji?

- Na turniejach robił wielkie wrażenie. Generalnie z okresu tej mojej "kadencji" ciężko wskazać kogoś lepszego. Tak, powiedziałbym, że Artur to najlepszy bramkarz z kadry za moich czasów.

Tak się złożyło, że w tych trzech "twoich" imprezach polskim kibicom i naszej kadrze towarzyszył ten sam schemat trzech meczów: otwarcia, o wszystko i o honor. Nie ciąży ci to, jak wysłuchujesz tego typu przewidywań przed każdym kolejnym turniejem rangi mistrzowskiej w naszym wykonaniu?

- Teraz podchodzę do tego inaczej. Nasz naród, dziennikarze, kibice, eksperci pompują te imprezy w bardzo dużym stopniu. Nie powiem, mamy teraz zawodników na bardzo dobrym poziomie, ale jako drużyna nie należymy do "top topów" na świecie. Cieszmy się z tego pokolenia, z Roberta Lewandowskiego, nie rozumiem krytyki tego piłkarza po niektórych meczach, długo możemy takiego nie doczekać. Oczekiwania zawsze są ogromne, balonik napompowany, później przychodzi ten pierwszy mecz i… "Uuu, przegraliśmy, co teraz będzie, już pozamiatane". Trzeba do tego podejść na chłodno.

Jak ten balonik, o którym mówisz, oddziałuje na drużynę przebywającą setki, a czasem tysiące kilometrów od Polski?

- Odległość nie ma tu znaczenia, dociera do ciebie wszystko. Konferencje, wiadomości, internet, w wolnych chwilach sam czytasz różne rzeczy, trafiasz na nie mimowolnie. Powinniśmy spokojnie jechać na turniej, spojrzeć na kwestię nawet wyjścia z grupy z dystansem.

Można powiedzieć, że te turnieje wiązały się dla ciebie z największą presją w karierze?

- Dochodzi do takich sytuacji, że ktoś wchodzi ci z kamerą do pokoju, każdy trening jest monitorowany, miliony ludzi śledzą w internecie każdy twój ruch, nad głową lata helikopter jednej ze stacji i robi transmisję na żywo, czy trenujesz, czy może jednak nie. Dostajesz wolny dzień, chcesz jechać gdzieś z rodziną? Przypadkiem ktoś gdzieś na ciebie wpada z aparatem czy kamerą i o prywatności możesz zapomnieć. To chyba naturalna kolej rzeczy.

Czy z tego wynika fakt, że lepiej się czułeś w tych mniej medialnych klubach? Auxerre nie jest dużym miastem, tamtejszy klub nie cieszy się ogromnym zainteresowaniem, a to w nim przeżywałeś chyba swój najlepszy czas w piłce.

- Zdecydowanie, zaczynałem też w tego typu klubie, we Wronkach w Amice. We Francji panowała naprawdę rodzinna atmosfera, wszyscy trzymali się razem. Do prezydenta można było iść w każdej chwili i pogadać jak z kumplem, to samo tyczyło się trenera. Kibice mieli dostęp wszędzie, prawie że wchodzili codziennie do szatni. Nikt nie blokował kontaktu z nimi, co trochę mi przeszkadzało. Nie lubiłem codziennie rozmawiać z tą samą osobą z zewnątrz. Dzień w dzień po treningu te same osoby pytały ciebie jak się czujesz, czy wszystko ok, tego typu rzeczy. To jest fajne, ale nie codziennie. Niemniej ta kameralna atmosfera ogólnie mi odpowiadała.

Czy Liga Mistrzów w takim miejscu była wynikiem ponad stan?

- Na pewno był to mega wynik. Irek Jeleń był w tamtym okresie w super formie, mieliśmy wtedy dwóch piłkarzy, na których bazowaliśmy. W środku pola był to Benoit Pedretti, a z przodu polegaliśmy na Irku. Ten pierwszy zawsze wiedział, co należy zrobić na boisku, w głowie miał trzy-cztery różne warianty, gdzie zagrać piłkę. Z Irkiem tak się rozumieli, że kiedy Francuz zagrywał, ten drugi startował w tym samym momencie, bez słów. Pedretti lubił być cofnięty, ale cały czas pozostawał pod grą, taka typowa "szóstka", trochę kojarzy mi się z nim "Norek" (Łukasz Norkowski, zawodnik rezerw Lecha, obecnie wypożyczony do GKS-u 1962 Jastrzębie – przyp. red.).

Mówiłeś to kiedyś Łukaszowi?

- Nie, chyba nie będzie wiedział, kim jest Pedretti (śmiech). W kadrze grał z Patrickiem Vieirą, Thierrym Henrym, Zinedinem Zidanem, zdążył się napatrzeć na poważnych piłkarzy.

Jak traktowany na co dzień w Auxerre był z kolei Jeleń?

- Na to pytanie najlepiej odpowie jedna anegdotka. W pewnym momencie Irek miał problemy z plecami, trwało to dłuższy czas. Jeździł do Warszawy, żeby wypalali mu nerwy, komplikacji z tym urazem było sporo. Był tak okres, że grał mecz w sobotę, trener pozwalał mu do środy nie trenować i jechać w tym czasie do Polski. Wracał w czwartek, w piątek rozruch, w sobotę wychodził na mecz i strzelał dwa gole. I tak cykl się powtarzał. Wiadomo, nie trwało to w nieskończoność, ale służyło mu to (śmiech). My nie mieliśmy z tym problemu, pracował na nasze premie, więc nam też to pasowało.

Jakie masz wspomnienia z legendą tego klubu, Guy Roux?

- W moim czasie w Auxerre był dyrektorem akademii, a wcześniej ponad czterdzieści lat pełnił rolę trenera pierwszego zespołu. Szaleństwo. Zawsze podkreślał, że super mu się pracowało z Polakami. Można wymienić chociażby Andrzeja Szarmacha, Pawła Janasa, Irka i mnie. Dobrze wszystkich wspominał.

Cztery lata we Francji były dla ciebie najlepszym etapem kariery pod względem sportowym?

- Tak, zdecydowanie, to tam osiągnąłem szczyt swoich możliwości pod względem indywidualnym. W ostatnim sezonie zdobyłem pięć bramek we wszystkich rozgrywkach, zaliczyłem sporo asyst, czułem się naprawdę świetnie. Z kolei rok wcześniej graliśmy w Lidze Mistrzów. Wysłuchać ten hymn stojąc na murawie, zmierzyć się z takimi przeciwnikami - to były emocje, o tym się kiedyś marzyło. Do dzisiaj się śmieję, że gdyby nie Real Madryt, AC Milan i Ajax Amsterdam, to udałoby się nam wyjść z tej grupy. Prawdę mówiąc, cieszę się, że trafiliśmy na takich rywali. Real miał na ławce Mourinho, na boisku Cristiano Ronaldo, Di Marię, Benzemę, Higuaina czy Ramosa i Casillasa w bramce. Milan to Ronaldinho, Robinho, Ibrahimović, Seedorf. W Ajaksie Jan Vertonghen, Toby Alderweireld no i Luis Suarez, na którego ktoś musiał zagrać i padło na mnie. Grał wtedy na prawym skrzydle, a ja na lewej obronie. Nie powiem, bardzo nieprzyjemny, ale przynajmniej jeszcze nie gryzł.

Trudniejszy do upilnowania od Ronaldo?

- Na niego też grałem, w meczu u siebie, który przegraliśmy 0:1. Na wyjeździe też rozpisany był na prawej stronie, ale zdecydowanie częściej przebywał w środku boiska. W związku z tym w moją strefę wbiegał jako lewy obrońca Marcelo. Trochę mi karuzelę robił. Ten mecz na Santiago Bernabeu pamiętam jeszcze z tego względu, że w bramce Realu stał akurat Jerzy Dudek. W Lidze Mistrzów chodzi o to, że każdy twój błąd zostaje wykorzystany przez przeciwnika. W lidze mogliśmy sobie pozwolić na złe przesunięcie czy spóźnienie. Tam nie było na to miejsca, dlatego w Madrycie Real wygrał z nami 4:0.

Skoro w Auxerre było ci tak dobrze, dlaczego w nim nie zostałeś?

- W moim ostatnim sezonie, 2011/12 spadliśmy z ligi. Trochę namieszali mi w głowie menadżerowie, naobiecywali grania w Bundeslidze. Od grudnia 2011 roku słuchałem, że pójdę po zakończeniu rozgrywek do któregoś z niemieckim klubów. Miałem propozycję z Metalista Charków, gdzie mogłem zarobić dużo pieniędzy, ale czekałem na ofertę z Europy Zachodniej. Chciałem iść do Niemiec, więc poczekałem z ostateczną do decyzją do Mistrzostw Europy. Przeliczyłem się, my wypadliśmy na nich słabo, a ja wróciłem z nich z kontuzją. Menadżerowie nic nie znaleźli, ale przynajmniej przez poprzednie pół roku sporo się nagadali. Norma. Tak naprawdę miałem trzy konkretne zapytania. Pierwsze z TSV Monachium z 2. Bundesligi, gdzie kontrakt podpisał wtedy Grzesiu Wojtkowiak. Widziałem się z trenerem i dyrektorem sportowym stamtąd, przyjechali na zgrupowanie kadry, chcieli mnie. Drugie z Levante, które było gotowe czekać na mnie aż do końca sierpnia. Ostatnie z Rosji, z Amkaru Perm.

Co zdecydowało o wyborze Hiszpanów?

- Na początku nie chciałem tam iść. Dostawałem sygnały, że nie płacą tam na czas. Wiadomo, super liga, życie w Walencji świetne, raj na ziemi. Po czasie stwierdzam, że przeżyłem tam najlepszy okres pod kątem niepiłkarskim. Jeśli sportowo najlepiej było mi w Auxerre, to życiowo właśnie w Hiszpanii. Ludzie otwarci, uśmiechnięci, przyjaźnie nastawieni, do dzisiaj utrzymuję kontakt z kilkoma zawodnikami, z którymi tam grałem. Tymczasem z Francji takowy mam jedynie z dyrektorem sportowym Auxerre.

Z kim najmocniej trzymałeś się w Levante?

- Tam to dopiero była paka. Christian Lell, który wcześnie grał w Bayernie Monachium, późniejszy bramkarz Realu Madryt, Keylor Navas, Nikolaos Karabelas, Pape Diop, Nabil El Zhar, Vicente Iborra, który tej zimy przeszedł z Leicester do Villareal za dziesięć milionów euro, mistrz Europy z Grecją, Teofanis Gekas. Po polsku rozmawiałem z Robertem Aquafrescą, w pokoju najczęściej bywałem z Sergio Ballesterosem, który w La Lidze miał prawie czterysta występów. Same super chłopaki, mało z kim tak naprawdę się nie trzymałem. Niezły był Obafemi Martins, który podjeżdżał do klubu McLarenem z kryształkami ze Swarovskiego na felgach. Wszędzie woził kolegę, by ten mu pilnował samochodu, żeby nikt mu nie wydłubał tych kryształków.

Czemu zagrałeś tam tylko w pięciu meczach?

- Przez pierwsze pół roku leczyłem kontuzję spojenia łonowego. Można powiedzieć, że piłkarsko był to rok stracony. Słabo to wyglądało.

Skąd wzięła się trzymiesięczna przerwa po Levante?

- Trenowałem wtedy od sierpnia do października z rezerwami Lecha u Patryka Kniata. Spotkałem kilku chłopaków, którzy później trafili do pierwszej drużyny: "Orzełka", "Dejowego" (Macieja Orłowskiego i Tomasza Dejewskiego – przyp. red.) czy Jasia Bednarka. Chciałem zostać przy Bułgarskiej w pierwszym zespole, ale Mariusz Rumak miał na pozycji numer sześć za dużo ludzi. Był Rafał Murawski, Dimitrije Injac, Łukasz Trałka, a do zespołu powoli wchodził Karol Linetty. Niedługo później zostałem zaproszony na testy do Birmingham.

Tym razem to menadżerowie okazali się pomocni?

- Tak, pojechaliśmy tam we trzech z dwoma Francuzami. Birmingham chciało mnie zobaczyć i po tygodniu powiedzieli mi, że podpisujemy kontrakt, ale... ich prezydent siedzi w więzieniu i nie mają pieniędzy. Spakowałem się, wróciłem do kraju i po kilku dniach zadzwonili z wieścią, że Jonathan Spector wypadł im na kilka miesięcy. Powiedzieli, że mogę wskoczyć na jego pensję, bo jego zarobki przejmowała ubezpieczalnia. Akurat trafiłem na przerwę reprezentacyjną, więc cały czas czekałem na poważny mecz. Grałem w sparingach drużyny do lat 23. W jednym z nich, przeciwko Southampton z młodziutkim Polakiem w składzie, strzeliłem gola z woleja i usłyszałem od niego po spotkaniu: "Musiałeś mi to zrobić? To mój pierwszy mecz tutaj…". (śmiech)

Birmingham grało wtedy co prawda w Championship, ale jego kadra z tamtych rozgrywek też budzi nawet teraz umiarkowane wrażenie.

- Nie no jasne, też byli tam świetni piłkarze, Nikola Żigić, Peter Lovenkrands, młodziutki Jesse Lingard wypożyczony z Manchesteru United, Federico Macheda, Demarai Gray, który teraz gra w Leicester, Jordon Ibe, Darren Ambrose. Kilku piłkarzy z przeszłością lub przyszłością w Premiership, naprawdę mocna ekipa. W grudniu jednak usłyszałem, że raczej nie znajdą się dla mnie pieniądze, ale że mogę dograć do końca kontraktu u nich. Wtedy postanowiłem, że wracam do kraju.

Żałujesz niektórych sportowych decyzji w swojej karierze, dajmy na to przejścia do Levante?

- Wtedy akurat gdzie bym nie poszedł, czekał mnie ten sam problem, czyli zapalenie spojenia łonowego. Dolegliwości zaczęły się w sezonie poprzedzającym EURO 2012, na nim już grałem na tabletkach i sterydach. To był już zaawansowany stopień, więc zabieg był nieunikniony. Tym razem zdrowie nie pomogło. Nie da się trenować z myślą, że coś cię boli, czujesz się niekomfortowo. Ale czy żałuję? Nie, poznałem świetnych ludzi i naprawdę podobało mi się życie tam.

Rozmawiał Adrian Gałuszka

Następne mecze

Sobota 24.08 godz.20:00
Raków Częstochowa
vs |
Lech Poznań
Niedziela 01.09 godz.17:30
Lech Poznań
vs |
Cracovia

Polecamy

Newsletter

Zapisz się do newslettera

Więcej

KKS LECH POZNAŃ S.A.
ul. Bułgarska 17
60-320 Poznań

Infolinia biletowa:
602-368-268 (9:00-17:00)
602-368-369 (9:00-17:00)

Tel: 61 886-30-00
mail: lech@lechpoznan.pl
Biuro Obsługi Kibica

Chcemy, aby korzystanie z naszych stron było dla Ciebie przyjazne. W tym celu staramy się dopasować treści oraz prezentowane reklamy do Twoich zainteresowań i preferencji. Jest to możliwe dzięki przechowywaniu w Twojej przeglądarce plików cookies oraz przetwarzaniu gromadzonych za ich pośrednictwem danych osobowych przez nas i naszych partnerów. Przez dalsze, aktywne korzystanie z Serwisu, bez zmian ustawień przeglądarki, wyraziłeś na to zgody.
Dowiedz się więcej >

Zamknij