2020-04-10 12:01 Maciej Markiewicz

Zapomniani lechici: niebiesko-biała Wielkanoc

W cyklu "Zapomniani lechici" nie wspominamy dzisiaj konkretnego piłkarza, ale różne historie związane z Wielkanocą, ponieważ jest to czas, który w przeszłości wielokrotnie kojarzył się z meczami Lecha Poznań. Narratorem ponownie staje się pan Maciej Markiewicz, a my przenieśmy się do czasów, kiedy niczym dziwnym nie było rozgrywanie spotkań dokładnie w niedzielę wielkanocną.

Jak dobrze wiemy Lech Poznań wywodzi się z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, a więc nikogo nie może dziwić, że od początku Wielkanoc była ważna dla tych młodych chłopaków. Najlepiej cofnijmy się do lat przedwojennych. Wczesny Lech to Dębiec i wszystkie wydarzenia związane z życiem piłkarskim, jak i prywatnym, są bezpośrednio połączone z tym terenem. Szczególne miejsce tutaj zajmuje zbieg ulic Wspólnej i Rolnej oraz mieszczące się tam boisko sportowe zwane "Osadą". Nazwa odnosiła się do budynków, w których mieszkali kolejarze oraz ich rodziny. Wśród młodszej generacji znajdowali się przyszli piłkarze Lecha Poznań. Zamieszkiwała tam m.in. rodziny pana Zygfryda Słomy, pana Mieczysława Tarki, pana Władysława Sobkowiaka, pana Stanisława Atlasińskiego, który dożył prawie stu lat, czy pana Edmunda Białasa. I właśnie w związku z Wielkanocą chciałbym tutaj przytoczyć słowa ostatniego z nich: "Spotykaliśmy się na naszym boisku i tutaj mierzyliśmy się piłkarsko. Jednak jak przychodził Wielki Tydzień to niespecjalnie byliśmy zachęcani przez rodziców do jakichkolwiek gier. Na pewno nie zapomnę Wielkich Sobót, kiedy to z kolegami spotykaliśmy się przed naszym budynkiem i szliśmy do parafii poświęcić dary. Wielu z nas było ministrantami, a więc równocześnie pomagaliśmy księżom w dębieckiej parafii”.

Na temat czasów II wojny światowej, głos należałoby oddać panu Atlasińskiemu, z którym rozmawiałem po latach w przystadionowej kawiarence na Dębcu. Zaznaczmy, że Edmund Białas spędził ten niepewny czas w Generalnej Guberni, a dokładnie w Rzeszowie. Jak wspominał pan Stanisław wszystkie święta były raczej smutne, a powód tego jest raczej wszystkim bardzo dobrze znany. Zawodnicy spotykali się potajemnie na boisku, bo ze względu na brak zgody Niemców na rozgrywanie meczów wszystko musiało mieć charakter konspiracyjny. Zespół wtedy był złożony z piłkarzy, którzy później stanowili o jego sile w latach powojennych, a w tamtym czasie występowali jako "Dębiec". Jednak w Wielkim Tygodniu nie było meczów, a co do konspiracyjnego charakteru, to inaczej było z pójściem do kościoła, bo w takim wypadku Niemcy często przymykali oko. Jak wspominał pan Atlasiński zbierali się razem i chodzili na wspólną Święconkę. Możemy zauważyć, że pomimo wydarzeń wojennych ta tradycja pozostała. Co najważniejsze, drużyna, której charakter wykuwał się w czasach okupacji, po wojnie nadal trzymała się razem i walczyła o najwyższe cele. Jednak cały czas wspominam o Wielkim Tygodniu, a jak podkreślał w rozmowach ze mną pan Białas to małą tradycją było rozgrywanie meczów w samą Wielkanoc, co potwierdzało się w kolejnych latach. A co z Lanym Poniedziałkiem? Też z tych rozmów pamiętam pytania między byłymi lechitami o polewanie dziewczyn na podwórkach, a więc jak widać wszelkie tradycje były zachowane i kultywowane.

Drużyna "Dębca" - lato 1941 roku. Od lewej: Mieczysław Tarka, Michał Dusik, Antoni Skowroński, Hieronim Rasch, Józef Skrzypczak, Henryk Jarecki, Leon Malicki, Stefan Preja, Stanisław Atlasiński, Feliks Tomczak i Tadeusz Polka (pogrubiono nazwiska piłkarzy, którzy prędzej lub później występowali w Lechu Poznań)

Teraz chciałbym przenieść się już do lat późniejszych, kiedy na mecze jeździło się zaledwie w dwunastu zawodników, a pomimo bycia kolejowym klubem na te spotkania piłkarze przemieszczali się bardzo często trzecią klasą. W okresie wielkanocnym najgorsze były dalekie wyjazdy, jak na przykład do Tarnowa. W tamtym czasie mecze odbywały się zawsze w niedzielę, czyli w samą Wielkanoc, a nie było spotkań sobotnich. Jeżeli dalekie wyjazdy przypadały właśnie w tej kolejce rozgrywanej w czasie świąt wielkanocnych to składało się prośbę o przełożenie, żeby nie zabierać piłkarzom tego rodzinnego czasu i bardzo często była ona rozpatrywana pozytywnie.

Jednak nie zawsze się to udawało. W 1964 roku, na pograniczu drugiej i trzeciej ligi, Lech w Wielkanoc pojechał na mecz z Lublinianką Lublin, a więc na jeden z najdalszych możliwych wyjazdów. Jak wspomina pan Henryk Wróbel na spotkanie wyruszali już oczywiście w Wielką Sobotę, a na dworcu oraz peronie panował niewyobrażalny ścisk. Już w samym pociągu czekała na nich niemiła niespodzianka, ponieważ oba przedziały zarezerwowane dla Lecha okazały się już zajęte. Nie dość, że zajęto miejsce piłkarzy Kolejorza, to jeszcze ci ludzie zamknęli się od środka i nie chcieli wyjść. Równocześnie pojawił się czytelny przekaz z ich strony, który kilka lat później miał być znany jako "gest Kozakiewicza". Próbowano wyjaśnić wszystko z kierownikiem pociągu, ale jak się okazało on też nie miał argumentów w dyskusji z "okupantami". Dzięki temu, że Lech był kolejowym klubem zgodził się on na to, żeby zawodnicy podróżowali w wagonie towarowo-przesyłowym. Jednak nie było tam żadnych siedzeń, a więc część piłkarzy rozłożyła się na podłodze, część podparła się o ścianę, a niektórzy spali na stojąco. Kiedy połamani przyjechali w końcu nad ranem do Lublina, skorzystali z noclegowni kolejowej i jakoś dotrwali do meczu. Kto obecnie zgodziłoby się na takie warunki? Pewnie nie znaleźlibyśmy chętnego. Ostatecznie po zaciętym starciu poznaniacy przegrali ten mecz 2:4. Po spotkaniu miejscowi piłkarze rozeszli się do domów, a lechici nie zdążyli na swój pociąg, ponieważ ze stadionu Lublinianki do dworca było dosyć daleko. Zawodnicy byli zmęczeni, suchy prowiant się skończył, a równocześnie bardzo chciało im się pić. Nad losem poznaniaków zlitowała się jedna pani, która ugotowała wiadro herbaty dla nich. Ostatecznie po kolejnej wyczerpującej podróży dojechali do Poznania na Lany Poniedziałek.

W tym czasie była obecna taka mała tradycja lechowa, że w Wielkim Tygodniu państwo Lipiakowie mieszkający przy stadionie mieli ugotowane jajka na twardo i zawodnicy dzielili się nimi oraz składali sobie życzenia. Było przeskromnie, ale uczciwie i sympatycznie. Na własne oczy już widziałem, jak w 1967 roku rozgrywaliśmy w Wielką Sobotę mecz z Wartą na boisku przy ulicy Rolnej. Można powiedzieć, że Lech był osadzony w takim trójkącie tworzonym przez trzy parafie: Świętej Trójcy na Dębcu, Matki Boskiej Bolesnej przy Głogowskiej i Zmartwychwstania Pańskiego na Wildzie. Kiedy od rana byliśmy jeszcze na Święconce w swoich kościołach to dobrze pamiętam, że pięknie świeciło słońce. Jednak już w trakcie wczesnego popołudnia zaczął padać śnieg i ostatecznie przed meczem było już go prawie do kolan. Spotkanie skończyło się bezbramkowym remisem, a cały śnieg rozpuścił się już następnego dnia.

Pamiętam też, jak dokładnie w Wielkanoc w 1972 roku rozgrywaliśmy mecz na stadionie Szyca, a przeciwnikiem Lecha w drugiej lidze była Urania Ruda Śląska. Mecz wyjątkowy, ponieważ był to debiut przed własną publicznością Romana Jakóbczaka i Włodka Wojciechowskiego, który dodatkowo strzelił jedynego gola tego meczu. Na trybunach było sprzedanych 45 tysięcy biletów, a ile było rzeczywiście kibiców? Bardzo trudno oszacować, bo na pewno było ich zdecydowanie więcej i wszyscy w tamtym momencie zwariowali na punkcie tamtego Lecha. Był to początek pięknego powrotnego marszu do I ligi.

Muszę na koniec powiedzieć, że wraz z piłkarzami Lecha, działaczami i kolegami z tamtych lat staramy się spotykać kilka razy w roku m.in. w czasie Wielkanocy i kontynuujemy ten rodzinny klimat obecny w tamtych latach. Piotr Mowlik przy takiej okazji często wspomina dalekie świąteczne wyjazdy np. do Mielca, ponieważ mało było spotkań, które aż tak chciało się wygrać i wracać w dobrym humorze do rodziny. Porażka bardzo źle działała, bo nie ma nic gorszego niż przejechać tyle kilometrów, przegrać mecz i wracać ze spuszczoną głową. Szczególnie w Wielkanoc. Obecnie nie możemy się spotkać, nie możemy rozgrywać wielkanocnego spotkania, ale pomimo wszystkich przeciwności oraz niedogodności nie miejmy spuszczonych głów.

Zredagował Mateusz Jarmusz

* Zdjęcie pochodzi z książki "Lech Poznań. 80 lat i jeden rok prawdziwej historii" Tom 8. Kolekcji klubów wydawnictwa GiA, 2003.

Następne mecze

Sobota 15.08 godz.20:40
Odra Opole
vs |
Lech Poznań
Piątek 21.08 godz.18:00
Zagłębie Lubin
vs |
Lech Poznań

Polecamy

Newsletter

Zapisz się do newslettera

Więcej

KKS LECH POZNAŃ S.A.
ul. Bułgarska 17
60-320 Poznań

Infolinia biletowa:
tel. 602-368-268 (10:00-17:00)
tel. 602-368-369 (10:00-17:00)

Tel: 61 886-30-00
mail: lech@lechpoznan.pl
Biuro Obsługi Kibica

Chcemy, aby korzystanie z naszych stron było dla Ciebie przyjazne. W tym celu staramy się dopasować treści oraz prezentowane reklamy do Twoich zainteresowań i preferencji. Jest to możliwe dzięki przechowywaniu w Twojej przeglądarce plików cookies oraz przetwarzaniu gromadzonych za ich pośrednictwem danych osobowych przez nas i naszych partnerów. Przez dalsze, aktywne korzystanie z Serwisu, bez zmian ustawień przeglądarki, wyraziłeś na to zgody.
Dowiedz się więcej >

Zamknij