2016-08-10 14:56 Jan Rędzioch

Puma w poznańskiej bramce    

Dla młodszych fanów Lecha to niewiele mówiące dziś nazwisko, starzy kibole Kolejorza, mimo upływu lat, wciąż go pamiętają i wspominają z sympatią. Marian Wilczyński, bo o nim mowa, choć już blisko 45 lat mieszka poza Wielkopolską*, to nadal nosi w swoim sercu tylko Lecha. Wciąż też pozostaje najmłodszym bramkarzem w dziejach Lecha, a warto dodać, że w okresie jego gry w poznańskim klubie rzadko powierzano rolę pierwszego bramkarza takim żółtodziobom.

Jest rodowitym Wielkopolaninem, urodzonym 14 kwietnia 1941 roku we Wrześni. Do stolicy Wielkopolski przybył jako niespełna 17-latek i niemal od razu stał się etatowym bramkarzem Lecha. W okresie gry w kolejarskich barwach opuścił zaledwie 4 mecze i to jedynie z powodu kontuzji. Bronił widowiskowo i brawurowo, tak troszkę pod publiczkę, bardzo efektownie, ale jednocześnie niezwykle skutecznie. Nie bez powodu był tak bardzo lubiany przez kibiców, bo młody i dobry, bo szybki i zwinny.

W doskonały sposób scharakteryzował go redaktor Jacek Hałasik, znawca wielkopolskiego sportu i gwary: Cudny szaran, wyrośnięty i kawał chłopa, łapska miał takie, że górne piłki łapał na kampe. Jak już stanął na budzie, to długo nikogo do niej nie wpuścił. Rezerwowi od czaplania się na ławie dostawali odcisków na motyce.

Wilczyński trafił niestety na okres II-ligowej banicji Lecha i w ekstraklasie w jego barwach zagrał tylko jeden sezon. Dorastając we Wrześni, oczywiście kibicował zapalczywie Lechowi i śledził uważnie jego wyniki, ale w piłkę grał dla czystej rozrywki w miejscowych Zjednoczonych, a o występach w kolejarskich barwach raczej nie marzył. Częstym gościem w jego rodzinnej miejscowości był słynny trener Warty Edmund Nowicki – odkrywca wielu utalentowanych graczy. Popularny „Pazurek” wypatrzył Wilczyńskiego i polecił trenerom reprezentacji juniorskich. Marian pojechał na centralny obóz juniorów, a stamtąd m.in. na turniej UEFA do Bułgarii. Miał z czasem trafić do Warty, ale z reprezentacji droga prowadziła już tylko do Kolejorza.

W ten to sposób związany z Wartą trener Nowicki odkrył skarb dla… Lecha. W młodzieżowych reprezentacjach grywał sporo, później nie miał już takiego szczęścia do seniorskiej reprezentacji - trzykrotnie powoływany, trzykrotnie zasiadał wyłącznie na ławce rezerwowych (jako lechita w meczu Polska-ZSRR 1:0 - 21.05.1961 oraz jako gracz wrocławskiego Śląska w spotkaniach Polska-Węgry 0:2 - 02.09.1962 i Polska-Maroko 1:1 - 11.10.1962). Na Dębcu młody bramkarz trafił na czeskiego szkoleniowca Vilema Lugra, który zaufał na tyle młokosowi, że niemal natychmiast postawił właśnie na niego. A w bramce zastąpił nie byle kogo, bo rutynowanego Henryka Skromnego, gracza z reprezentacyjną przeszłością.

Pogratulować decyzji czeskiemu trenerowi i odwagi Wilczyńskiemu, którego właściwie trema nigdy nie zjadła. Jak już stanął w bramce, to bronił we wszystkich możliwych meczach, chyba że zmogła go kontuzja. A często się to nie zdarzało. W Poznaniu trafił nie tylko na postępowego trenera, ale i na wspaniałych kolegów, choć dla większości z nich mógł być dużo młodszym bratem albo nawet i synem. Do dziś wspomina ich koleżeńskość i wyrozumiałość: Z tymi najstarszymi byłem po imieniu dopiero po wielu latach, początkowo mówiłem im na pan. Zdecydowanie wszystkich lubiłem, ale chyba najwięcej zawdzięczam Januszowi Gogolewskiemu i Zygfrydowi Słomie. Oczywiście także trenerowi Lugrowi.

Jego poznańską karierę zakończyła służba wojskowa. Do Legii nie trafił, bo mieli w tym czasie nadmiar dobrych bramkarzy. Wylądował więc we wrocławskim Śląsku pod okiem znanego trenera Władysława Giergiela i początkowo wszystko układało się jak najlepiej. Z czasem skonfliktowany z dość despotycznym trenerem, bliski był karnej kompanii. Na szczęście zainteresował się nim trener sekcji piłki ręcznej i wkrótce Wilczyński zapisał na swoje konto mistrzowski tytuł w piłce ręcznej jedenastoosobowej. Po wojsku chciał oczywiście wrócić do Poznania, ale ówczesny trener Lecha Zygfryd Słoma lojalnie uprzedził go, iż ma już w kadrze zespołu dwóch niezłych i sprawdzonych bramkarzy - Wittiga i Skrzypczaka.

Początkowo to trenerskie postanowienie bardzo bolało Wilczyńskiego, ale po latach nie miał już większych pretensji do dawnego kolegi z boiska, choć smutek, ze nie mógł grać w swoim ukochanym klubie, pozostał na długo. W ten sposób trafił do łódzkiego ŁKS-u, którego barw bronił przez 6 sezonów do 1969 roku. Wówczas to decyzją trenera Leszka Jezierskiego stracił miejsce w bramce kosztem młodszego Jana Osuwniaka. Kiedyś on jako młokos wygryzał z bramki innych, teraz przegrał rywalizację z młodszym, ale czy na pewno lepszym? Łódzkiemu klubowi to na dobre nie wyszło, a Wilczyński wylądował w śląskiej klasie okręgowej. Miał wprawdzie jeszcze poważną propozycję z pierwszoligowego Zagłębia Sosnowiec, ale ostatecznie karierę zakończył w CKS Czeladź.

Z doświadczonym bramkarzem CKS z przedostatniego miejsca w klasie okręgowej wkrótce stał się drużyną walczącą o awans do drugiej ligi. W 1975 roku Wilczyński na dobre zakończył piłkarską karierę, ale z futbolem związany pozostaje nieprzerwanie do dziś. Początkowo jako działacz, także asystent trenera w Czeladzi, później przez wiele lat jako kierownik drużyny. Od kilku lat zajmuje się już wyłącznie młodzieżą. Działa też w podokręgu sosnowieckim Śląskiego OZPN. Żałował tylko jednego - że w jego ślady nie podążyli synowie, nadzieja pozostała we wnukach.

Silny uścisk dłoni zachował do dziś, elegancką, wyprostowaną sylwetkę i poczucie humoru również. Pomimo upływu lat i różnych kolei losu, Lech wciąż jest dla niego najważniejszy! Sam stał się taką małą lechicką enklawą w Zagłębiu i na Śląsku. Jak otwieram gazetę, to szukam przede wszystkim wyników Kolejorza. Cieszy mnie każdy jego sukces, a martwią wszelkie porażki. Na zawsze to jest mój klub. Proszę pozdrowić wszystkich żyjących kolegów z boiska, a także kibiców poznańskich, i tych pamiętających mnie, i tych dużo młodszych.

Marian Wilczyński był dżentelmenem na boisku i poza nim, wzbudzał podziw skromnością i boiskową odwagą, ale takim był również poza murawą. Mało powszechnie znany jest fakt, iż w 1961 uratował tonącego w wągrowieckim jeziorze syna trenera Henryka Czapczyka. On sam nie zwykł o tym mówić, a popularny Ciapa na zawsze pozostał mu wdzięczny.

Jan Rędzioch

* Marian Wilczyński zmarł 4 marca 2008 w Czeladzi

* tekst opublikowany w programie meczowym "Heeej Lech" w sezonie 2005/2006.

Następne mecze

Sobota 30.01 godz.20:00
Górnik Zabrze
vs |
Lech Poznań
Piątek 05.02 godz.20:30
Lech Poznań
vs |
Zagłębie Lubin

Polecamy

Newsletter

Zapisz się do newslettera

Więcej

KKS LECH POZNAŃ S.A.
ul. Bułgarska 17
60-320 Poznań

Infolinia biletowa:
tel. 602-368-268 (10:00-17:00)
tel. 602-368-369 (10:00-17:00)

Tel: 61 886-30-00
mail: lech@lechpoznan.pl
Biuro Obsługi Kibica

Chcemy, aby korzystanie z naszych stron było dla Ciebie przyjazne. W tym celu staramy się dopasować treści oraz prezentowane reklamy do Twoich zainteresowań i preferencji. Jest to możliwe dzięki przechowywaniu w Twojej przeglądarce plików cookies oraz przetwarzaniu gromadzonych za ich pośrednictwem danych osobowych przez nas i naszych partnerów. Przez dalsze, aktywne korzystanie z Serwisu, bez zmian ustawień przeglądarki, wyraziłeś na to zgody.
Dowiedz się więcej >

Zamknij