2019-03-17 20:10 Maciej Henszel , PC Przemysław Szyszka

"Jestem na każdym meczu Lecha"

- Starsi panowie zatrzymują mnie czasami na Ratajach i wspominają stare czasy lechowe, odbieram wtedy gratulacje. Nie ukrywam, robi się wtedy miło - mówi Roman Jakóbczak, który był gościem specjalnym finału III Olimpiady wiedzy o Lechu Poznań.

W latach 70. był świetnym piłkarzem Kolejorza, którego najpierw pomógł wprowadzić do ekstraklasy, a potem wcielił się w rolę jednego z liderów na boisku. W 112 meczach ekstraklasy w niebiesko-białych barwach zdobył 33 bramki, co jest świetnym wynikiem, jak na piłkarza środkowej linii.

Pamiętne było zwłaszcza spotkanie z jesieni 1974 roku, kiedy wbił pan cztery gole Wiśle Kraków (4:1) i jako pierwszy w historii piłkarz otrzymał notę dziesięć w klasyfikacji katowickiego "Sportu". Jak wspomina pan to wydarzenie?

- Czułem się bardzo dobrze w środku pola, bo byłem środkowym pomocnikiem, w dzisiejszych czasach nazywanym ofensywnym. Bardzo rzadko musiałem wracać pod własną bramkę. Więcej, trenerzy mi nawet tego zabraniali. Miałem czekać na piłkę i pokazywać swoje umiejętności z przodu. Moją silną bronią były rzuty wolne i tego popołudnia to pokazałem, bo pierwsza i czwarta bramka padła właśnie po kopnięciach ze stojącej piłki. Najpiękniejsza było jednak to trzecie moje trafienie tego dnia, kiedy Teoś Napierała dośrodkował z rzutu rożnego, a ja stałem na linii pola karnego i z woleja kopnąłem prosto pod poprzeczkę wiślackiej bramki. Takie momenty pozostają w pamięcie - nie tylko mojej, bo starsi panowie zatrzymują mnie czasami na Ratajach i wspominają stare czasy lechowe, odbieram wtedy gratulacje. Nie ukrywam, robi się wtedy miło.

Wspomniał pan o tym, że znakiem firmowym były strzały z dystansu. To kwestia talentu, czy treningu?

- To kwestia pracy, bo urodziłem się we Wrześni i tam zaczynałem w Victorii. Był tam francuski trener, z którym pracowałem nad tym elementem, ale najwięcej nauczyłem się od legendy Lecha - Edmunda Białasa, członka tercetu ABC, mojego trenera w latach 70. Ustawiał mi dziesięć piłek w różnych miejscach i kazał uderzać. Sam w tym elemencie był świetny, więc podpatrywanie go dawało bardzo wiele. Miał taki sam, jak ja rozmiar buta - 38, czyli nasze stopy nie były jakieś wielkie, ale pracowaliśmy mocno nad ułożeniem nogi podczas strzału, bo to bardzo ważne. A naturalna u mnie była sama siła strzału - to już zauważyłem we Wrześni, bo jak trafiłem któregoś z kolegów, to mocno to odczuwał. Teraz przy trenowaniu wolnych są plastikowe mury, a za moich czasów trzeba było prosić kolegów z drużyny, żeby zostali chwilę dłużej. Nie raz i nie dwa zdarzało się, że kończyli takie zajęcia z obitymi żebrami, trzeba ich było potem zapraszać na obiad w ramach przeprosin i zarazem podziękowań za pomoc (śmiech).

Lech w latach 70. nie należał do czołowych polskich klubów, wtedy dopiero wracał na szczebel ekstraklasy. Rządzili w lidze inni, więc nie było łatwo się dostać do reprezentacji Polski. Jak to się stało, że pojechał pan na mistrzostwa świata w 1974 roku w RFN, gdzie biało-czerwoni zajęli trzecie miejsce?

- Wiadomo, że byliśmy wtedy gdzieś na uboczu wielkiej piłki. Takie kluby, jak Legia, Górnik czu Ruch miały licznych kadrowiczów, a my byliśmy pomijani przez selekcjonerów. Wtedy dostać się do kadry było bardzo, bardzo ciężko, bo wszyscy grali w Polsce i na każdej pozycji było co najmniej kilku kandydatów. Trzeba było się czymś wykazać, żeby wpaść w oko trenera. Ja dostałem w końcu nominację i ostatni przed wyborem ostatecznego składu na mundial mecz graliśmy na stadionie Dziesięciolecia w Warszawie przeciwko Grecji. Wygraliśmy 2:0, a ja strzeliłem jednego z goli, pokazałem się z dobrej strony i udało się pojechać na turniej do Niemiec.

Jak pan wspomina tę imprezę?

- Spędziliśmy tam prawie miesiąc. Była świetna atmosfera, a dbał o nią Kazimierz Górski. Ja bym go określił trener-ojciec, bo umiał każdego przygarnąć, porozmawiać. Miał dwóch asystentów - Jacek Gmoch odpowiadał za bank informacji, a Andrzej Strejlau prowadził nasze treningi. Oczywiście, że te wspomnienia są fantastyczne, bo zostaliśmy trzecim zespołem na świecie, w starciu o tę pozycję pokonaliśmy wielką Brazylię po golu Grzesia Laty, który został królem strzelców mistrzostw świata. To była dla mnie wielka sprawa, że mogłem w tym uczestniczyć, znajomości pozostały na wiele lat.

W Kolejorzu grał pan w latach 1971-1976. Wtedy wyjechał pan do Francji i przez kilka sezonów występował w tamtejszych klubach. Jak doszło do wyjazdu, bo opuszczenie polskiej ekstraklasy nie było wówczas łatwe?

- Ja propozycje miałem już po niemieckim mundialu, czyli w 1974 roku. Wtedy miałem trafić do belgijskiego Beerschot albo do francuskich klubów St. Etienne lub Metz. Miałem jednak 28 lat, a piłkarze byli wówczas puszczani dopiero po ukończeniu 30. roku życia. Dlatego „transfer”, choć tak bym tego nie nazwał, bo to państwo dawało zielone światło, nastąpił dopiero dwa lata później. Byłem najpierw w Chateauroux, potem paryskim Red Star i Rouen. Na końcu trafiłem do trzecioligowego Perpignan FC, gdzie byłem także grającym trenerem.

W 1980 roku wrócił pan do Lecha, ale tylko na chwilę.

- Trener Wojciech Łazarek wtedy przyszedł i stawiał na młodzież. Stało się jasne, że mój czas mija, wiedziałem, że się nie odnajdę w tej drużynie, bo miałem już prawie 35 lat. I po prostu zrezygnowałem.

W latach 90. był pan jednym z szefów Lecha, ale ja chciałem zapytać o niesamowite oko do piłkarzy, bo z tego pan słynął. Teraz dużo mówi się o działach skautingu w poszczególnych klubach, a pan podobną rolę pełnił już kilkanaście lat temu. Kolejorz był wówczas biedny, ale sprowadzał ciekawych piłkarzy, których wypatrzył Roman Jakóbczak.

- Zawsze lubiłem oglądać mecze, zwłaszcza drużyn juniorskich. Zwracałem uwagę na chłopaków, którzy mogliby wkrótce wejść do drużyny. Były takie sytuacje, że jechałem samochodem z żoną i przejeżdżaliśmy przez miejscowość, gdzie akurat rozgrywany był mecz. Zatrzymywałem auto i przyglądałem się rywalizacji. Kariera piłkarska mi w dużej mierze pomogła w tej roli, ale jednak do tego trzeba było mieć też takiego „fifa”, używając gwary poznańskiej. Czyli talent, umiejętność wyłapywania, kto się nadaje, a kto nie. Na pewno trzeba było każdego obejrzeć kilka razy, a do tego zarówno u siebie, jak i na wyjeździe. Bo każdy gracz się inaczej zachowuje w zależności od tego, gdzie jest rozgrywany mecz. W tamtych czasach, kiedy przy Bułgarskiej nie było pieniędzy, trzeba było sobie jakoś radzić. Gdybym miał wymieniać piłkarzy, których sprowadziłem, to na pewno bym wymienił Darka Skrzypczaka, który pochodził z Rawicza, teraz mieszka w Szwajcarii, a także Maćka Murawskiego, który teraz komentuje mecze w Canal+. Obserwowałem też obcokrajowców i w ten sposób do Lecha trafił Sekou Drame. Menedżer ich przywiózł wtedy pięciu. Po pierwszym treningu powiedziałem, że trzech może już zabrać, bo się nie nadają. Zostało dwóch i wybrałem Sekou, który był dobrym piłkarzem - silny, świetny w odbiorze piłki.

Śledzi pan mecze Kolejorza?

- Jasne! W Poznaniu jestem na każdym spotkaniu, resztę śledzę w telewizji.

Zdecydowałby się pan wskazać talent, który wpadł w oko podczas śledzenia Lecha?

- Na przykład Tymek Klupś. Jeśli będzie dalej dobrze poprowadzony przez trenerów, to może wyrosnąć na świetnego piłkarza. Ma świetny drybling i powinien z tego śmiało korzystać.

Recommended

Newsletter

Subscribe

More

KKS LECH POZNAŃ S.A.
ul. Bułgarska 17
60-320 Poznań

Infolinia biletowa:
602-368-268 (9:00-17:00)
602-368-369 (9:00-17:00)

Tel: 61 886-30-00
mail: lech@lechpoznan.pl
Biuro Obsługi Kibica

This website uses cookies, which are vital for it to work properly. If you continue without changing your settings, you consent to our cookies on this device in accordance with our cookie policy.

Close