2020-04-03 12:57 Mateusz Jarmusz

Zapomniani lechici: Henryk Pietrzak

W naszym cyklu "Zapomniani lechici" przyszedł czas na najstarszego piłkarza Lecha Poznań, który cały czas jest z nami i może dzielić się swoimi wspomnieniami. Henryk Pietrzak występował w Kolejorzu w latach 1953-1964, a później przez lata był związany uczuciem z poznańskim klubem. Do dzisiaj, pomimo 87 lat, regularnie pojawia się na domowych meczach niebiesko-białych. W wywiadzie z oficjalną stroną klubu wspomina Lecha lat 50-tych, swoją pierwszą bramkę oraz zdradza tajemnicę swojej witalności.

Urodził się pan w 1933 roku, dlatego ten wczesny rozwój sportowy przypadł u pana na lata II wojny światowej. Jak sobie z tym radziliście i jak wtedy wyglądała możliwość uprawiania sportów?

- W młodości robiliśmy wszystko, żeby się ruszać. Biegało się po łąkach, drogach, a czasem skakało się po drzewach i płotach. Mieszkałem we wsi Więckowice koło Dopiewa, a więc zaraz obok miałem Jezioro Niepruszewskie, w którym też często się bawiliśmy. Jednak w czasie okupacji często uciekałem do swoich dziadków do Stęszewa, ponieważ Niemcy bardzo często wykorzystywali młodych chłopaków do pasienia krów. Tam było boisko, ale oczywiście Polakom nie pozwalano na nie wchodzić. Jednak my jako młode "szczony" i tak wskakiwaliśmy przez płot i trochę tam graliśmy. Niemcom się to mocno nie podobało i raz zrobili na nas zasadzkę. Dwóch najwolniejszych złapali, a więc za niedługo wszyscy byliśmy wezwani na posterunek. Na szczęście skończyło się tylko kilkoma strzałami pasem na tyłek. Wiadomo, że cały czas grywaliśmy gdzieś na łąkach piłkami wypchanymi jakimiś szmatami lub sianem. Piłka nożna była obecna w moim życiu od najwcześniejszych lat, nawet tych okupacyjnych.

A jak wyglądała sytuacja po wojnie?

- W 1948 roku skończyłem szkołę podstawową w Więckowicach, ale cały czas ciągnęło mnie do piłki. Dlatego jak przeniosłem się do Gimnazjum Mechaniczno-Elektrycznego w Stęszewie to równocześnie rozpocząłem grę w miejscowym Lipnie. Zaczynałem grać w juniorach, ale jak już miałem szesnaście lat to występowałem też w pierwszej drużynie. Czasem zdarzało się, że w jedną niedzielę grałem dwa mecze.

Jak to się stało, że trafił pan do Kolejarza?

- Graliśmy mecz Pucharu Polski z rezerwami Lecha i tak się złożyło, że przy wygranej 4:1 strzeliłem trzy gole. Po tym starciu do Stęszewa przyjechał kierownik kolejarskiego klubu, pan Antoni Skowroński. Szybko doszło do porozumienia i znalazłem się w Poznaniu. Transfery wtedy były o wiele łatwiejsze. Kierownik lechitów usiadł z prezesem Lipna, wypili prezent, który został przywieziony z Dębca i byłem zawodnikiem Lecha.

Kto robił największe wrażenie na pierwszych zajęciach?

- Wtedy na treningach była bardzo mocna rywalizacja, bo przecież każdy z nas przychodził na nie po pracy. Ja przez osiem lat dojeżdżałem cały czas ze Stęszewa, bo dopiero wtedy dostałem mieszkanie w Poznaniu. Skoro każdy zmęczony całym dniem szedł jeszcze na trening, to musieli tam być tylko tacy, którym strasznie zależało na pokazaniu się, a więc obiboków nie było. Na pewno muszę tu wskazać Teodora Aniołę, Zygfryda Słomę, Władka Sobkowiaka, Florka Wojciechowskiego, czy Janusza Gogolewskiego. Każdy na trening przychodził, żeby się czegoś nauczyć. Jednak na początku miałem też swoich wrogów, bo nie każdemu podobałem się jako nowy zawodnik. Na szczęście, pod swoje skrzydła wziął mnie właśnie Teodor i powiedział mi na kogo mam uważać. Trzeba było dobrze wiedzieć kiedy na treningu trzeba było uskoczyć, żeby nie bolało później przez kilka dni.

Na jakiej pozycji zaczynał pan grę w Lechu?

- Rozpoczynałem w ataku, ale za długo tam nie grałem, bo zrobiła się w naszym zespole wyrwa w obronie. Dwóch naszych graczy, Władkowie Sobkowiak i Deska, złamali nogi, a więc przymusowo wskoczyłem na lewą obronę i całkiem przyzwoicie mi szło. W zależności od sytuacji grałem też ponownie w napadzie, ale głównie w trakcie pobytu w Lechu występowałem na prawej pomocy. Jakby policzyć to pewnie połowę zagrałem na prawym skrzydle, a drugą połowę na innych pozycjach. W 1957 rok był jedyny sezon, kiedy wszedł w życie taki dziwny przepis, że w czasie meczu nie można było dokonywać żadnej zmiany. Nawet jeżeli chodzi o bramkarza. Dlatego ze względu na moją uniwersalność byłem przewidziany jako pierwszy zawodnik z pola do wskoczenia do bramki. W tym czasie naszym bramkarzem był Heniu Skromny, któremu w trakcie meczu często lubiło wyskakiwać kolano i razem z "Sobkiem" za każdym razem próbowaliśmy mu je wbić na miejsce. I był taki mecz z Gwardią Warszawa, kiedy nie mogliśmy mu naprawić tego kolana, w związku z czym byłem już gotowy w bluzie bramkarskiej, ale ostatecznie wskoczyło ono na miejsce, a ja nie zagrałem na bramce Kolejorza. Jednak i przed etapem poznańskim i po nim, zdarzało mi się grać na tej pozycji. Byłem na tyle wszechstronny, że w całej karierze nie zagrałem chyba tylko na lewym skrzydle.

A skąd wzięła się ksywka "Solski"?

- Był taki aktor, Ludwik Solski, który miał długie włosy i miał bardzo podobną fryzurę do mnie. Ktoś mnie kiedyś porównał do niego i tak już zostało.

ZS Kolejarz Poznań w 1956 roku. Od lewej - w górnym rzędzie: Henryk Pietrzak, Jan Kaczmarek, Zygmunt Maciejak, Józef Tarka, Łukasz Piotrowski; w środkowym rzędzie: Henryk Paczkowski, Eugeniusz Rosik, trener Mieczysław Tarka, Konrad Piechowiak, Tadeusz Szafczyk, Jan Konenc, Florian Wojciechowski, Kazimierz Wróbel, Władysław Sobkowiak, Zygfryd Słoma, Teodor Anioła, Czesław Korzeniowski, Janusz Gogolewski; siedzą: Roman Szulc, Władysław Deska oraz działacze: Karol Zachciał, Bolesław Szalbierz, Marian Sobek.

Na pewno pamięta pan swojego pierwszego gola w niebiesko-białych barwach?

- Oczywiście. Miało to miejsce w 1955 roku, w domowym meczu z Legią, a właściwie CWKS-em Warszawa. Co to był za zespół. Ośmiu reprezentantów Polski w pierwszym składzie, z Edwardem Szymkowiakiem, Ernestem Pohlem i Lucjanem Brychczym na czele. Szczególnie pamiętam też Marcelego Strzykalskiego, który grał w środku pola. Straszny zabijaka. Kopał po nogach i był strasznie chamowaty. Przez cały mecz słyszałeś, że złamie ci girę, łeb ci urwie, same takie odzywki. Strasznie psychicznie siadał na przeciwnika i jak ktoś nie wytrzymał to od razu grał gorzej. Jednak wracając do tego spotkania. Mamy końcówkę pierwszej połowy i z rzutu rożnego miał dośrodkowywać Kaziu Wróbel. Szymkowiak krzyczy do obrońców, żeby nas kryli, a tu Strzykalski wskazuje na mnie i mówi "Tego ch... nie trzeba". I tak stałem sam z dwadzieścia metrów przed bramką, a Kaziu mnie zauważył. Przyjąłem piłkę na udo, troszkę mi odskoczyła i przyładowałem z woleja w sam winkiel bramki. Prowadzimy 1:0, a co się działo w polu karnym CWKS-u? Przecież oni by się tam prawie pozabijali, takie mieli pretensje do siebie. Zaczynamy grę, a ci nadal się kłócą. Sfaulowali Teodora Aniołę, a kiedyś nie trzeba było czekać na pozwolenie sędziego. Ci krzyczą na siebie, Szymkowiak każe im mur ustawiać, a Teoś bez zastanowienia wali w sam środek bramki i 2:0. Ostatecznie wygraliśmy 2:1 i w bardzo fajnych okolicznościach zdobyłem swoją pierwszą bramkę w Lechu.

Wtedy zaczął się dla pana chyba najlepszy okres w karierze?

- Tak, do 1962 roku grałem praktycznie wszystko. Opuściłem może z jeden mecz. Bez kontuzji, bez choroby, bez zawieszenia. To nierozegrane przeze mnie spotkanie też było z CWKS-em, ale wtedy dostaliśmy 0:6. Razem z Teodorem Aniołą zatruliśmy się czymś na zgrupowaniu i nie wystąpiliśmy. Pamiętam jak Ernest Pohl ucieszył się, że nie zagram, bo strasznie nie lubił na mnie grać. W tamtym czasie często nazywali nas "murarzami", bo mieliśmy z przodu Aniołę, który zawsze coś strzelił, a reszta mogła skupić się na bronieniu dostępu do własnej bramki. Jednak my też potrafiliśmy się pokazać. Nie byłem wybitnym zawodnikiem, ale w tym okresie przynajmniej raz na cztery mecze byłem wyróżniany. W całej karierze miałem świetny przegląd pola i właściwie to gdyby usiąść i podliczyć to miałem mnóstwo asyst. Pamiętam jak w 1956 roku graliśmy z ŁKS-em na stadionie Warty. Wygraliśmy 1:0, a tego gola strzeliłem ja i to z trzydziestu metrów. Bramka życia. Chociaż później jak już grałem w niższych ligach to lepsze się ładowało. Czasem strzelałem przy rozpoczęciu od środka, bo widziałem, że bramkarz jeszcze sobie poprawia linie w polu karnym, bo przecież te boiska były piaszczyste, a nie trawiaste. Sędzia daje gwizdek, przelobowanie i szybkie 1:0.

Jednak ten czas to także spadek do drugiej ligi. Wasz skład aż tak diametralnie się nie zmienił, a potrzebowaliście aż trzech lat, żeby wrócić do piłkarskiej elity. Dlaczego?

- Uważam, że w tamtym czasie, w sezonie spadkowym, słabo wyglądaliśmy od strony szkoleniowej. To nie były te treningi co wcześniej. Nie mieliśmy siły i wytrzymałości. Szczególnie w pierwszej rundzie, kiedy zdobyliśmy zaledwie dwa punkty. W drugiej wyglądaliśmy już lepiej, ale mieliśmy za dużą stratę. A w drugiej lidze muszę powiedzieć, że było przyjemnie, chociaż zawsze wszyscy grali z nami ostro. W momencie kiedy do władzy doszedł w Polsce Gomułka, to dla naszej drużyny zaczęły się liczne wyjazdy zagraniczne z koleją. Podobało nam się to, bo wjeżdżaliśmy tak jakby z czarnego w białe. Do zupełnie innego świata, od którego mogło zaszumieć w głowie. W związku z tym aż tak nie martwiliśmy się, że nie wchodzimy do ekstraklasy, ale w końcu się to udało. Jednak dosyć szybko znowu zaczęło się psuć. To już nie była ta sama drużyna, wielu zawodników zrezygnowały z gry i ostatecznie znowu spadliśmy do drugiej ligi. Ja już też powoli wtedy kończyłem, ponieważ sytuacja wyglądała tak, że miałem jeden trening w tygodniu i w weekend mecz. W tamtym czasie postanowiłem ukończyć w końcu technikum, a ostatni mecz miałem na Garbarni w Krakowie.

KKS Lech Poznań w 1959 roku przed jednym z drugoligowych meczów rozegranych na Dębcu. Od lewej: Florian Wojciechowski, Eugeniusz Gensler, Henryk Wróbel, Kazimierz Witczak, Henryk Pietrzak, Bernard Bartoszak, Andrzej Karbowiak, Rafał Anioła, Marian Wilczyński, Władysław Sobkowiak.

Po dwunastu latach gry w Lechu kontynuował pan uprawianie piłki nożnej?

- Skończyłem technikum z wynikiem wyróżniającym i mogłem iść na Politechnikę. Jednak pasja była silniejsza. Można powiedzieć, że rzuciłem książki za płot i wziąłem się za trenerkę. Ale i wtedy okazało się, że nie mogę po prostu się przyglądać z boku i prowadząc różne zespoły z landów byłem grającym trenerem. Udało mi się być czynnym zawodnikiem aż do 48 roku życia. Tak jak wspominałem wcześniej kończyłem jako bramkarz. Teraz zawodnicy na tej pozycji aktywnie uczestniczą w grze i mówi się, że są ostatnimi obrońcami, a ja grałem już tak wtedy, ponieważ jako trener musiałem kierować poczynaniami reszty piłkarzy. Organizm miałem bardzo mocny i zawsze byłem bardzo dobrze przygotowany motorycznie. Jak byłem zawodnikiem Lecha to bardzo często oprócz treningów w Poznaniu, grałem też regularnie z chłopakami w Stęszewie. Zimą grałem w koszykówkę, tenis stołowy, w którym miałem trzy razy z rzędu mistrza powiatu poznańskiego, uprawiałem też szermierkę, chociaż jej nie lubiłem za bardzo. Dlatego ta forma fizyczna zawsze była u mnie na wysokim poziomie. Po odejściu z Lecha często grałem też w oldbojach. Chłopaki byli czasem młodsi ode mnie o piętnaście lat, a ja biegałem więcej od nich. Ostatni mój mecz w ogóle zagrałem mając 65 lat. Graliśmy wtedy u Mirka Okońskiego w Hamburgu. W takim wieku dawałem takie piłki... Jednak na coś takiego trzeba samodyscypliny. Nigdy w życiu nie zapaliłem papierosa, uważałem na to co jem i ile, a przede wszystkim dbałem o wysypianie się. Jednak nie mogę tego powiedzieć o alkoholu, bo kiedyś nie dało się funkcjonować w grupie odmawiając. Wtedy było się od razu podejrzanym.

A jakby miał pan wymienić trzech najlepszych piłkarzy z jakimi grał pan w Lechu?

- Pierwszym wyborem na pewno byłby Teodor Anioła. Niestety ze względu na to jak grał co chwilę był kopany i brutalnie faulowany, przez co często łapał kontuzje. Zawsze mówił, że on tylko uderza na bramkę i nie robi nic wyjątkowego. Nigdy nie kalkulował. Po prostu rąbał i wpadało. Jego tajemnicą było to, że często uderzał z zewnętrznej części podbicia, co dzisiaj zawodnicy praktycznie nie robią. Dalej na pewno Władysław Sobkowiak, który pomimo niewielkiego wzrostu miał niesamowite wyczucie dystansu. Jak posyłane były dalekie piłki to on momentalnie potrafił ustawić się tak, że piłka idealnie spadała mu na głowę albo nogę. A trzeci to albo Zygfryd Słoma albo Janusz Gogolewski.

Do dzisiaj jest pan obecny na naszym stadionie, a więc cały czas Lech Poznań jest mocno obecny w pana otoczeniu.

Przez całe życie ciągnęło wilka do lasu. Sport był bardzo często ważniejszy od innych rzeczy. Niestety wiek robi swoje. Obecnie jestem właściwie osobą niepełnosprawną, ponieważ bardzo słabo widzę. Nie jestem w stanie śledzić meczu. Na stadion chodzę dla atmosfery i dla spotkania kolegów, bo otoczka związana z Lechem Poznań jest cały czas bliska mojemu sercu.

Rozmawiał Mateusz Jarmusz

* Zdjęcia pochodzą z książki "Lech Poznań. 80 lat i jeden rok prawdziwej historii" Tom 8. Kolekcji klubów wydawnictwa GiA, 2003.

Next matches

Thursday

01.10 godz.19:00
Royal Charleroi SC
vs |
Lech Poznań

Sunday

04.10 godz.17:30
Piast Gliwice
vs |
Lech Poznań

Recommended

Newsletter

Subscribe

More

KKS LECH POZNAŃ S.A.
ul. Bułgarska 17
60-320 Poznań

Infolinia biletowa:
tel. 602-368-268 (10:00-17:00)
tel. 602-368-369 (10:00-17:00)

Tel: 61 886-30-00
mail: lech@lechpoznan.pl
Biuro Obsługi Kibica

This website uses cookies, which are vital for it to work properly. If you continue without changing your settings, you consent to our cookies on this device in accordance with our cookie policy.

Close