2017-05-04 14:15 Jan Rędzioch , PC Archiwum Lech Poznań

Nasz poznański Maradona

Gdyby kiedykolwiek, w jakimkolwiek polskim klubie zagrał Maradona, byłoby to wydarzenie sensacyjne i właściwie niemożliwe do spełnienia. A jednak! Przed laty w Lechu Maradona grał, wprawdzie nie słynny argentyński piłkarz Diego Armando Maradona, ale ktoś, komu jako jedynemu w rodzimej ekstraklasie nadano ten wielce zaszczytny futbolowo przydomek.

Mariusz Niewiadomski, bo o nim mowa, przybył do Poznania jako piłkarz tyle utalentowany, co mało jeszcze znany. Urodził się 26 kwietnia 1959 roku we wsi Nosówko pod Białogardem i tam w miejscowym LZS rozpoczął pierwsze treningi, które jednak miały wymiar bardziej podwórkowego kopania piłki. Jako siedemnastolatek trafił do najsilniejszego klubu w regionie – Gwardii Koszalin i przebojem, w zaledwie kilka miesięcy wywalczył miejsce w drugoligowym zespole. Jego trenerem był Leon Demydczuk, ten sam, który jako pierwszy poznał się na talencie Mirosława Okońskiego. Właśnie po Okońskim i Ryszardzie Szpakowskim Mariusz był trzecim graczem Lecha, który miał za sobą występy w koszalińskim klubie. A czwartym do brydża okazał się po latach kolejny wychowanek Gwardii – Mirosław Trzeciak.

Po maturze Niewiadomski dostał się na gorzowską AWF i na okres studiów został wypożyczony do drugoligowego Stilonu. Przeskoczył pewien próg piłkarskiego wtajemniczenia. Szybko rozeszła się fama o utalentowanym napastniku. Zainteresował się nim poznański Lech, a trener Łazarek niemal od początku widział go w pierwszym składzie swego zespołu. Młody gracz początkowo wcale nie miał pewności, czy dokonał dobrego wyboru, wszak Kolejorz do ligowych potentatów jeszcze nie należał. Ale swojej decyzji nigdy nie żałował. Już w pierwszym ligowym spotkaniu podbił serca poznańskiej widowni. 8 sierpnia 1981 roku Łódzki KS poległ na Bułgarskiej 0:2, a jedną z bramek zdobył najlepszy na boisku – debiutant Niewiadomski. Początkowo z racji ciemnej karnacji skóry nazywano go Arabem, ale już wkrótce w związku ze świetną techniką i sposobem prowadzenia piłki ochrzczono go właśnie Maradoną.

Uwielbiano jego kocie ruchy, przyspieszenie i wielki spryt w polu karnym. Sprawiał wrażenie, jakby grą zupełnie się nie męczył, a wręcz wspaniale bawił. Nie zależało mu wyłącznie na strzelaniu bramek, ale też na konstruowaniu ciekawych akcji, dawaniu radości z oglądania meczu zebranej na trybunach publiczności. Z każdym sezonem grał coraz lepiej i miał na koncie coraz więcej laurów. Najpierw w maju 1982 po wygranej z Pogonią Szczecin 1:0 świętował wraz z kolegami zdobycie Pucharu Polski, rok później cieszył się z całą ekipą z pierwszego w dziejach klubu Mistrzostwa Polski. Po kolejnym sezonie miał na swym koncie dublet – czyli Mistrzostwo Polski i Puchar Polski w jednym sezonie.

To był zdecydowanie najlepszy okres w jego karierze. Bliski był reprezentacji Polski i to tuż przed Mundialem ’82. Skończyło się jednak tylko na obozach kadry i występach w reprezentacji młodzieżowej. W klubie z czasem coraz bardziej przesuwany był do linii pomocy, gdzie nie czuł się specjalnie dobrze. Był urodzonym napastnikiem i we krwi miał stwarzanie bramkowych sytuacji, sobie i kolegom. Gdyby był jeszcze bardziej skuteczny, to na lata tytuł króla ligowych strzelców trafiłby do niego.

Miło wspomina swoje występy w europejskich pucharach z IBV Vestmannaeyjar czy Athletic Bilbao, w których zdobywał gole, pokonując m.in. znakomitego bramkarza hiszpańskiego – Andoniego Zubizarretę. Paradoksalnie w najlepszym swym pucharowym występie z Borussią Mönchengaldbach w Poznaniu strzelił bramkę samobójczą. W pamięci też na zawsze pozostała mu rywalizacja z takimi potęgami, jak Aberdeen FC czy FC Liverpool.

Dotąd nie miał większych problemów ze zdrowiem, stąd występował niemal w każdym meczu. Pierwsze problemy przyszły po niedoleczonej grypie, gdy pojawiły się przykre powikłania. Stracił miejsce w drużynie i jesienią 1987 zdecydował się na opuszczenie Poznania, po tym jak pojawiła się ciekawa propozycja z dalekiej Australii. Futbol w Polonii Adelaide SC łączył z pracą w przedsiębiorstwie budowlanym, którego właścicielem był Polak. W Adelajdzie trenował 3 razy w tygodniu pod okiem Zygmunta Gutowskiego, znanego niegdyś ligowca i szkoleniowca ŁKS-u. Polonijny klub startował w lidze Południowej Australii i spisywał się na tyle dobrze, że awansował do ligi krajowej, a sam Niewiadomski z 16 bramkami został królem strzelców. Niestety, Polonia ze względu na ograniczony budżet nie mogła skonsumować tego awansu.

Po powrocie do kraju jesienią 1989 Niewiadomski pierwsze kroki skierował na Bułgarską, gdzie mógł trenować, ale propozycję gry złożyła mu drugoligowa wówczas Pogoń Szczecin. Po półrocznym pobycie w grodzie Gryfa znów wyjechał zagranicę, tym razem do szwedzkiego drugoligowca Vasalunds IF. Był ze swoim klubem bliski awansu do Allsvenskaliga (miejscowa ekstraklasa), ale drugie miejsce tego nie zapewniło. Niewiadomski ostatecznie w ekstraklasie jednak zagrał, tyle że w izraelskiej. Już w grudniu 1990 rozpoczął występy w Hapoel Tel-Awiw. Nie był to jednak zbyt udany pobyt na Ziemi Świętej.

Miał tam spędzić co najmniej sezon 1991/92, a przeżył prawdziwą traumę. Rozegrał ledwie trzy ligowe spotkania i jedno w pucharze krajowym, bo w styczniu 1991 samoloty irackie dokonały nalotów na Tel-Awiw. Jasne było, że futbol musiał zejść na plan dalszy, a gra toczyła się już wyłącznie o zdrowie i życie. Szczególnie trudno przeżyły ten okres żona Alina i córeczka Natalia, ale i dla samego Mariusza był to koszmarny czas. Przeżyli pięć nalotów zanim z trudem opuścili Izrael, a że LOT zawiesił połączenia, do kraju musieli wracać okrężną drogą.

Na jakiś czas odsunął się od piłki nożnej i długo dochodził do siebie. Trafił nawet do szpitala z podejrzeniem zawału serca. Na szczęście kłopoty zdrowotne szczęśliwie minęły. W sezonie 1992/93 skorzystał z propozycji dawnego kolegi z boiska – Andrzeja Strugarka i zagrał w trenowanym przez niego Sokole-Elektromis Pniewy, awansując do ekstraklasy. W pierwszej lidze zagrał ponownie, ale już w barwach poznańskiej Warty, gdzie jesienią 1994 na dobre zakończył swoją długoletnią karierę. Zastał tu bardzo ciekawą ekipę z dawnymi kolegami z Kolejorza – Zbigniewem Pleśnierowiczem, Czesławem Jakołcewiczem, Krzysztofem Pawlakiem oraz przyszłymi graczami Lecha – Piotrem Prabuckim i młodziutkim jeszcze: Grzegorzem Matlakiem, Maciejem Żurawskim, Darkiem Wojciechowskim, Arkadiuszem Kaliszanem i Tomkiem Iwanem.

Licznik jego pierwszoligowych gier stanął ostatecznie na 208 meczach, z czego 32 wypadły na grę w Warcie, a pozostałe 176 stanowiły występy w barwach Lecha. W Kolejorzu w sumie wystąpił w 222 oficjalnych spotkaniach, bo do ligowych występów doszły jeszcze 22 mecze w Pucharze Polski, 9 w europejskich pucharach, 14 w Pucharze Lata i 1 w Superpucharze Polski. Z 32 strzelonych dla Lecha goli, aż 27 przypadło na ekstraklasę, po 2 na występy w PP i w europejskich pucharach, a jedno trafienie na mecz z AIK Solna w Intertoto.

Jako absolwent AWF po rozstaniu z boiskiem próbował sił w roli trenera m.in. w Warcie Poznań, Warcie Śrem, Ravii Rawicz, Lechii Zielona Góra i Aluminium Konin. Zniechęcony jednak środowiskowymi układami zrezygnował ze szkoleniowej kariery. Jeszcze w 2000 roku zagrał z dawnymi przyjaciółmi z Lecha – Okońskim i Pachelskim w nowopowstałym klubie Poznań 2000, ale nie trwało to długo i było już tylko czystą rekreacją. Z futbolem się jednak nie rozstał, bo dziś znów reprezentuje Kolejorza w utworzonym zespole Lech Poznań Oldboys. Może już nie ta prędkość i kondycja, ale technika i płynność akcji wciąż jak najbardziej znakomite.

W futbolu osiągnął wiele, ale sam przyznaje, że czegoś jednak zabrakło. Były Mistrzostwa Polski i Puchar Polski, sympatia kibiców, uznanie fachowców. Jego dynamicznie rozpoczęta kariera zwolniła zbyt szybko. Poznał nowe kraje i życie od innej strony. To też wielki zysk. Dziś może dowoli bawić się piłką, bo w Oldboysach nie ma krępującej dyscypliny meczowej, chodzi o własną satysfakcję i miłe przeżycia dla widza. A to Maradona zapewnić potrafi znakomicie. Jesienią bieżącego roku jego jedenastoletni syn Mariusz-junior rozpoczyna w Kolejorzu piłkarskie treningi. Ma więc ojciec komu kibicować, a że historia lubi się powtarzać, poznańscy kibice mogą zacierać ręce.

Jan Rędzioch

* tekst opublikowany w programie meczowym "Heeej Lech" w sezonie 2006/2007 z informacjami aktualnymi na moment publikacji artykułu.

Next matches

Saturday

19.10 godz.17:30
Legia Warszawa
vs |
Lech Poznań

Friday

25.10 godz.20:30
Lech Poznań
vs |
Zagłębie Lubin

Recommended

Newsletter

Subscribe

More

KKS LECH POZNAŃ S.A.
ul. Bułgarska 17
60-320 Poznań

Infolinia biletowa:
602-368-268 (9:00-17:00)
602-368-369 (9:00-17:00)

Tel: 61 886-30-00
mail: lech@lechpoznan.pl
Biuro Obsługi Kibica

This website uses cookies, which are vital for it to work properly. If you continue without changing your settings, you consent to our cookies on this device in accordance with our cookie policy.

Close